Polska to my!
  Edward Fiałkowski
http://www.edwardf.com


Był czerwiec 1983 roku; osiemnasty miesiąc stanuwojennego. Wiele złego wydarzyło się w tym okresie: demonstracje, aresztowania, wyroki, delegalizacja "Solidarności", wreszcie niedawna śmierć, skatowanego przez milicję Grzegorza Przemyka. Taki był obraz kraju kiedy papież Jan Paweł II przybywał z drugą pielgrzymką do Polski pod hasłem - "Pokój Tobie Polsko, Ojczyzno moja". Wcześniejsze obawy, że obecność Ojca Świętego w Polsce w tym czasie usankcjonuje stan wojenny okazały się płonne. Jan Paweł II nie ukrywał swego negatywnego stosunku do stanu wojennego, a w wygłaszanych homiliach nie unikał takich słów jak: wolność, suwerenność, solidarność. Szczególnie po tym ostatnim słowie, przyjmowanym przez wiernych z wielkim entuzjazmem, unosił się zawsze w górę las rąk z palcami w kształcie litery "V". Zaś prawie wszystkie msze św. z udziałem papieża, po ich zakończeniu spontanicznie przekształcały się w manifestacje zwolenników "Solidarności".

***
Zbliżało się ciepłe, słoneczne, czerwcowe południe. Stałem w tłumie wiernych, niedaleko przed ołtarzem na Krakowskich Błoniach. Msza św. (beatyfikacja Ojca Rafała Kalinowskiego i Brata Alberta Chmielewskiego) powoli dobiegała końca. Do Ojca Świętego podchodzą jeszcze kolejne delegacje z darami. Po ostatnich słowach papieża rozlegają się huraganowe oklaski, tysiące rąk ze znakiem zwycięstwa unosi się w górę, a nad naszymi głowami załopotały sztandary i transparenty "Solidarności". "Nie ma wolności bez Solidarności", "Solidarność żyje", "Solidarność walczy", "Solidarność wita Ojca Św.", "Ale nie można zabić ducha - Gdańsk", "Solidarność Mazowsze", "Solidarni Studenci".
To tylko treść tych transparentów, które znajdują się wokół mnie, ale takich transparentów reprezentujących wiele innych miast i regionów Polski jest dużo, dużo więcej. Widzę też flagi ze znakami Polski walczącej oraz flagi z dużymi białymi orłami w koronie na czerwonym tle, takie same, jakie widziałem już w tym miejscu podczas pierwszej pielgrzymki Jana Pawła II do ojczyzny. Z Błoń w kierunku Alei Krasińskiego zaczyna formować się olbrzymi pochód zwolenników zdelegalizowanej "Solidarności". Pierwszym hasłem, które wznosi ten - bez wątpienia w początkowej fazie, kilkudziesięciotysięczny, lub nawet nieco większy tłum - jest: "Nie ma wolności bez Solidarności!". Z okrzykami: "Solidarność!, Solidarność!", "Lech Wałęsa!, Lech Wałęsa!" dochodzimy do hotelu "Cracovia". W oknach hotelu zaciekawione twarze, wielu reporterów; aparaty fotograficzne, kamery. Dookoła, wszędzie, jak okiem sięgnąć, jedna, wielka, zwarta masa ludzi. Dziesiątki transparentów przed nami, dziesiątki za nami. Nagle ponad naszymi głowami pojawia się milicyjny helikopter, z którego do uczestników demonstracji kierowane są apele o rozejście się. Są one jednak skutecznie zagłuszane gwizdami i rytmicznymi oklaskami demonstrantów.
Aleje rozbrzmiewają tymczasem hasłem: "Polska to my!, Polska to my!". Nikt nie może mieć wątpliwości, że to tutaj bije dziś serce wolnej Polski. Wznosimy kolejne okrzyki: "dosyć ofiar!, koniec wojny!", "uwolnić więźniów!", "pozdrowienia dla podziemia!", "każdy Polak idzie z nami!", "Gdańsk-Warszawa, wspólna sprawa!", "my z Papieżem, Papież z nami!", "Wałęsa do Papieża!", "w jedności siła!", "wolne uczelnie!". Co jakiś czas dodajemy też hasła uspokajające nieco atmosferę jak:
"demonstracja pokojowa!", "bez prowokacji!", czy wreszcie: "nie rzucamy kamieniami!". Tłum jest zbyt duży, demonstracja zbyt długa, aby można było wznosić te same hasła lub śpiewać te same pieśni jednocześnie przez wszystkich uczestników, więc jeśli przed nami śpiewają "Boże coś Polskę", my w tym samym czasie śpiewamy hymn "Mazurek Dąbrowskiego", a dalej za nami rozbrzmiewa już "Rota". Podobnie jest z hasłami; przed nami: "wolność Polsce!, my: "niepodległość!", a za nami: "zwyciężymy!, zwyciężymy!". Z okien mijanych przez nas domów ludzie pozdrawiają nas gorącymi oklaskami, ktoś rzuca do nas kwiaty, ktoś inny jeszcze podaje szklankę wody...
Dopiero na Placu Wolności pojawiają się pierwsi milicjanci. Na ich widok tłum skanduje: "rzućcie pały! - przebaczymy!", "rzućcie pały! - chodźcie z nami!", "nie bij brata!, nie bij brata!". W chwilę później, tuż za placem nadjeżdża na sygnałach duży konwój ZOMO. Ta demonstracja siły ma na celu zastraszyć nas; nasze szeregi nieco się przeżedzają, ale tysiące ludzi
wciąż idzie dalej...Przy Nowym Kleparzu i na ulicy Prądnickiej, wznosząc nieustannie hasła "Solidarności", idziemy już pośród szpalerów wrogo spoglądających na nas zomowców. Przechodzimy obok szpitala Narutowicza, na Opolskiej, może trochę dalej, mijamy dwa wojskowe samochody, które aby przepuścić demonstrantów zjechały na bok. Ludzie skandują: "wojsko z nami!, wojsko z nami!", ktoś podbiega do jednego z samochodów i zatyka na nim flagę Watykanu. Po chwili sytuacja powtarza się, tyle że z... samochodem milicyjnym. To jednak duża różnica, bowiem sympatii do milicji nie odczuwa tu raczej nikt. Spora grupa demonstrantów oblega nagle milicyjnego "Stara", jakich używa się do transportu zomowców. Gdy podchodzę bliżej widzę, że siedzący za kierownicą milicjant jest już potężnie wystraszony, bo niektórzy z demonstrantów nastawieni są dość bojowo. Jakiż to powód mógł sprawić, że maruder nie opuścił tego miejsca przed nadejściem demonstrantów? - pomyślałem, i wydało mi się to dość dziwne...W tym samym czasie ktoś trzeźwo w porę przypomina: nie dajmy się sprowokować, to marsz pokoju! Papież jest dziś z nami! To uspakaja sytuację. Któryś z demonstrantów zatyka więc tylko na milicyjnym samochodzie flagę z napisem "Solidarność" i ruszamy dalej. Flaga "Solidarności" powiewa dumnie na zomowskiej ciężarówce niczym na zdobycznej, a zomowiec ciągle mocno przestraszony nie próbuje nawet protestować...
"Piszcie prawdę!, piszcie prawdę!", takie okrzyki witają dziennikarzy z mijanego właśnie przez nas wozu prasy. Ludzie z wielu samochodów entuzjastycznie pozdrawiają nas. I znowu rozlega się ten - powtarzany dziś dość często - okrzyk kilkutysięcznego tłumu: "Polska to my!, Polska to my!". Tak, to prawda: Polska to my! Ale bez naszego Papieża jeszcze jednak długo by nas nie było...
I tak z hasłami na ustach docieramy do Mistrzejowic. Niektórzy z demonstrantów zakrywają nagle swoje twarze, gdy okazuje się, że tutaj milicja filmuje z kilku kamer nasz przemarsz. Po chwili jednak, bez przeszkód, z wysoko uniesionymi transparentami i sztandarami "Solidarności" wtapiamy się w - przyjmujący nasze przybycie oklaskami - tłum wiernych oczekujący przyjazdu papieża. Tutaj jesteśmy już bezpieczni. Ludzie wznosząc ręce w znaku zwycięstwa skandują: "Solidarność!, Solidarność!", rozstępują się i przepuszczają nas do przodu, bliżej ołtarza. O godzinie piątej po południu przybywa Ojciec Święty. Zewsząd słychać okrzyki: "niech żyje Papież!, niech żyje Papież!", i znowu: "Solidarność!, Solidarność!". Wreszcie tłum cichnie; rozpoczynają się uroczystości konsekracji kościoła pw. św. Maksymiliana Marii Kolbego. Był to już ostatni oficjalny punkt programu papieskiej wizyty.
Następnego dnia Ojciec Święty spędził jeszcze kilka godzin w swoich ukochanych Tatrach, gdzie podczas krótkiego odpoczynku w Dolinie Chochołowskiej spotkał się z Lechem Wałęsą, po czym udał się w drogę powrotną do Watykanu.

***
Miesiąc później, 22 lipca zniesiono w Polsce stan wojenny. Nie zelżały jednak przepisy prawa karnego. Ciągle dochodziło też - chociaż już w mniejszej skali niż dotychczas - do manifestacji i starć zwolenników "Solidarności" z siłami ZOMO. Represje nigdy nie ustały. Szesnaście miesięcy później, w październiku 1984 roku funkcjonariusze SB uprowadzili i zamordowali popularnego kapelana "Solidarności", ks. Jerzego Popiełuszkę. Zbrodnia ta wstrząsnęła całą Polską. Na pogrzebie ks. Jerzego Popiełuszki, który zgromadził tysiące ludzi, Lech Wałęsa powiedział: "Solidarność żyje, bo Ty oddałeś za nią swoje życie."