| Lato 1980 roku bez wątpienia zapisze się już na trwałe w zbiorowej pamięci Polaków jako okres będący początkiem demontażu sztucznego organizmu, jakim był blok państw socjalistycznych w Środkowo-Wschodniej Europie. Twór ten powstał po II wojnie światowej, a był wynikiem postanowień Wielkiej Trójki, która - mimo jednoznacznie brzmiących deklaracji zawartych w Karcie Atlantyckiej czy Deklaracji Narodów Zjednoczonych - rościła sobie prawo do decydowania o politycznym kształcie świata. Wcześniejsze i równie spontaniczne próby zmiany systemu kończyły się fiaskiem, a niekiedy wielką tragedią narodową. Tak było na Węgrzech '56 i w Czechosłowacji '68. Szczególnie w Polsce miały miejsce zajścia, które dawały nadzieje na znaczne reformy i osłabienie systemu realnego socjalizmu, ostatecznie stłumione brutalnie przez aparat władzy. Obok października '56 czy marca '68, tragedia grudnia '70 szczególnie złamała chęć walki w społeczeństwie i odebrała mu wiarę w lepsze jutro. Tak było do lata 1980 roku, gdy nagle pozornie błahy błąd KC PZPR dotyczący podwyżki cen żywności dał impuls do tego, by na nowo wprowadzić społeczeństwo w stan furii, która tym razem miała wstrząsnąć komunizmem i obnażyć jego kruche fundamenty. Przeprowadzone wywiady mają na celu przybliżenie wydarzenia, które miały miejsce w Fabryce Przekładni Samochodowych "Polmo" w Tczewie, a które były cząstką (bo tak można by nazwać każdy zakład pracy biorący wtedy udział w strajku) składającą się na siłę, która wstrząs ten wywołała.
O tym, jak przebiegał rozwój wypadków w "Polmo" podczas Sierpnia '80 nie przeczytamy w żadnej syntezie dziejów Polski, a nawet w monografii traktującej o ówczesnych strajkach i powstaniu "Solidarności". Wobec tego historyk zainteresowany badaniem tej problematyki "skazany" jest na zbieranie relacji świadków tych szczególnych wydarzeniach, ale dzięki temu otrzymuje on jedno z cenniejszych źródeł, jakie mogło zachować się po tamtych protestach. Przykładowo - gdy weźmiemy do ręki Kalendarium Solidarności zobaczymy, że przeskakuje ono z daty 1 lipca od razu do 14 sierpnia (1), czyli do daty wybuchu strajku w Stoczni im. Lenina. Cała następnie historia krąży wokół tejże Stoczni, a o innych zakładach co najwyżej się wspomina. Inna, podobna publikacja (2) także nie bierze pod uwagę "Polmo". A szkoda, bo przecież pracowało tam 2500 osób (3), co świadczyło o tym, że był to jeden z większych zakładów produkcyjnych w Polsce. W związku z powyższym nie powinien nikogo dziwić fakt, że prof. Roszkowski w swojej syntezie dziejów Polski XX wieku (4), w której znajduje się jeden podrozdział poświęcony ówczesnym zajściom, nie zapomina o Tczewie i wskazuje, że robotnicy tego miasta jako jedni z pierwszych rozpoczęli walkę o zmianę biegu historii. Kolejny przykład na pominięcie Tczewa znajdziemy w pracy zbiorowej dotyczącej dziejów "Solidarności". Jest on na dodatek nie logiczny, gdyż Antoni Dudek wymienia kilka miast (5), w których robotnicy rozpoczęli protest z dniem wprowadzenia podwyżki, lecz "pożałował on pięciu liter", by zaznaczyć wśród nich obecności Tczewa.
Wyjątkowość FPS "Polmo" nie tylko wynikała z imponującej liczby pracowników, ale co równie ważne - spontaniczny strajk miał tam miejsce już na początku lipca, a kolejny, na znak solidarności z innymi zakładami, wybuchł 21 sierpnia. Dwa wywiady, które przeprowadziłem, jeden z p. Maciejem Krużyckim, a drugi z p. Mieczysławem Śliwką, za sprawą którego doszło do wybuchu strajku, odtwarzają nam dokładnie to, co wydarzyło się wtedy w "Polmo", a mianowicie - ukazują, jak protesty były zorganizowane, co się podczas nich działo i jakie odczucia mieli jego uczestnicy. Dla mnie pisanie tej pracy było niesamowitą przygodą i bezcennym doświadczeniem, które - jeśli okoliczności pozwolą - zaowocuje w przyszłości monografią obejmującą jednocześnie wydarzenia dotyczące Sierpnia '80 w FPS "Polmo", fakty z tworzenia tam zakładowej "Solidarności" i okresu stanu wojennego.
przypisy
(1) M. Pernal, J. Skórzyński, Kalendarium Solidarności 1980-1989, Warszawa 2005, s. 13.
(2) L. Biernacki, 20 lat dzień za dniem..., Sopot 2000.
(3) J. Golicki, Album tczewski 1945-2000, Pelplin 2006, s. 44.
(4) A. Albert, Najnowsza Historia Polski 1914-1993, t. 2, Warszawa 1995, s. 783.
(5) A. Dudek, Dzieje dziesięciomilionowej "Solidarności" [1980-1981], w: Droga do niepodległości. Solidarność 1980-2005, pod red. A. Borowskiego, Warszawa 2005, s. 19.
Aneksy
1. Kalendarium przedsiębiorstwa w: Fabryka Przekładni Samochodowych "Polmo" w Tczewie, Informator zakładowy, Gdańsk 1979, s.14-15.
2. Kulas J., Bezkompromisowy i profesjonalny, "Gazeta Tczewska", nr 33/789, 2005.
3. Kulas J., Historyczny strajk, "Gazeta Tczewska", nr 26/791, 2005.
4. Patrzeć władzy na ręce, "Gazeta Tczewska', nr 18/783, 2005.
5. Ziółkowski J. M., Śladami bohaterów, Dziennik Bałtycki, nr 203, 2005.
6. Ziółkowski J. M., Tu zaczął się strajk, "Dziennik Bałtycki", nr 168, 2005.
Bibliografia
Albert A., Najnowsza Historia Polski 1914-1993, t. 2, Warszawa 1995.
Biernacki L., 20 lat dzień za dniem..., Sopot 2000.
Droga do niepodległości. Solidarność 1980-2005, pod red. A. Borowskiego, Warszawa 2005.
Golicki J., Album tczewski 1945-2000, Pelplin 2006.
Pernal M., Skórzyński J., Kalendarium Solidarności 1980-1989, Warszawa 2005.
Stachowicz Z., Stracone złudzenia, [b. m. w.] 2006.
Tczew, dnia 22 lutego 2007 r.
Wywiad z Maciejem Krużyckim
AC. Gdzie Pan pracował w sierpniu 1980, na jakim stanowisku i w jakim wydziale?
MK. Pracowałem w FPS "Polmo" Tczew na stanowisku frezer, dział remontowy [TM -Wydział Głównego Mechanika].
AC. Co odczuwał Pan w związku z ówczesną sytuacją ekonomiczną, z załamaniem się "cudu gierkowskiego". Jak Panu się wtedy powodziło?
MK. Źle nie, a dobrze wcale. Jako kawalerowi - dobrze, ale nie było co kupić w sklepach. Dopiero się pustki zaczęły i nie było wesoło. Stawkę na godzinę miałem 19,5 zł. Obrazowo - dniówka starczyła na "pół litra", a jak przyjechał Kopeć - to starczyło na "litra".
AC. Czy przychylnie patrzył Pan na ówczesny system polityczny kraju? Jeśli nie, to proszę określić, co w nim było takiego rażącego?
MK. Nie byłem ani anty, ani za, ale byłem jednym z nielicznych, którzy nie byli członkami partii, jako jeden z trzech na wydziale, a inni byli "klakierami". Pamiętam, jak chcieli zwabić kolegę do partii, więc zabrali go na zebranie. Tam ktoś zapytał, czy zgodzą się wciągnąć na członka nowego kolegę. Jeden z nich powiedział "No tak, ale zapytajmy się, czy kolega wyraża zgodę", a ten wstał i powiedział - "Nie zgadzam się!"
AC. Czy miał Pan jakieś pomysły odnośnie zmian jakie powinny nastąpić? Co by Pan zmienił?
MK. Nie powinna rządzić egzekutywa, partia nie powinna rządzić zakładem pracy. Chciałeś dostać mieszkanie, więc trzeba było na egzekutywie to poruszyć. Dlatego długo nie miałem mieszkania.
AC. Czy dostrzegał Pan różnicę między oficjalną propagandą a rzeczywistością?
MK. Oczywiście. W telewizji podawali same bzdury - że budują, że Fiaty sprzedają, ale ja czytałem przede wszystkim gazety sportowe. Jeżeli chodzi o strajki, telewizja źle to przedstawiała. Pamiętam, że były dwa dzienniki - na Śląsku inny i tu inny. Media wołały: "Wichrzyciele, łobuzy - to oni zrobili strajk".
AC. Czy był Pan działaczem opozycji?
MK. Popierałem ulotki, czytałem, ukrywałem, ale się nie angażowałem.
AC. A może miał Pan jakąkolwiek styczność z opozycjonistami z Tczewa?
MK. Tak, między innymi z Andrzejem Kaszubą grałem w szachy, z Bronkiem [Zapewne chodzi tu Romana Szlagowskiego, patrz: J Golicki., Album tczewski 1945-2000, Pelplin 2006, s. 51.] Szlagowskim w piłkę, z Marianem Stawickim byłem na jednym wydziale, ale do niczego mnie nie namawiali i nie rozmawialiśmy o tych sprawach.
AC. Jak zareagował Pan na podwyżkę cen żywności, która miała miejsce w lipcu 1980 roku?
MK. Wkurzały mnie te podroby, nie było prawdziwych kiełbas, ale o jedzenie martwiła się wtedy matka. Cały system był chory, bo każdy musiał sobie wszystko załatwiać, bo nic nie można było kupić.
AC. A koledzy?
MK. Chodzili w tym czasie do dyrektora po podwyżki, bo jak tu pracować i za to nic sobie nie kupić? Dlatego nie mogę zrozumieć tych, co obecnie mówią, że wtedy było lepiej. Większość rzeczy się załatwiało. Za Gierka było jeszcze w miarę dobrze, kredyty dla młodych małżeństw, pomoc socjalna. Bardzo ciężko było z mieszkaniami. Przykładowo - w stanie wojennym brałem ślub i wyprawialiśmy wesele. Nie można było kupić mięsa, więc na wsi załatwiliśmy świnię. By ją przewieźć do Tczewa, zabraliśmy ze sobą zaprzyjaźnionego milicjanta, by móc przejechać przez posterunki. A z urzędu dostaliśmy talon tylko na 10 litrów wódki.
AC. Czy w FPS rozpoczął się wtedy strajk, czy też nastąpiły chwilowe zastoje w produkcji? Jeżeli nastąpił strajk, to proszę podać, jakie były jego postulaty. Czy dyrekcja zakładu uległa im?
MK. Na początku lipca w zakładzie rozpoczął się protest polegający na przychodzeniu do pracy i nie pracowaniu. Trwało to 3 dni. Następnie przyjechał Kopeć. Dostaliśmy podwyżki, "by zamknąć mordy". Bo to był taki minimalizm. Obrazowo mówiąc - dniówka podskoczyła tak, że starczyło na dwie "połówki" i zakąskę.
AC. Czy w FPS działali opozycjoniści w sierpniu? Jeśli tak, to czy prowadzili między pracownikami agitację na rzecz wprowadzenia strajku?
MK. To wszystko się dziwnie odbyło. Ktoś coś powiedział, nagle jedno hasło i strajk się rozpoczął. Większa część załogi rzuciła legitymacje partyjne. Chcieli wyłapać prowodyrów, a był nim ten, kto się wtedy udzielał. A wtedy ich w stanie wojennym internowali.
AC. Jak wyglądało życie codzienne strajkujących? Co robiliście w wolnym czasie?
MK. Jak żeśmy strajkowali, pełniliśmy służy i nie wychodziliśmy z zakładu. A to dlatego, by nie było prowokacji, bo w 1970 roku miało miejsce niszczenie maszyn. Pilnowaliśmy, by nie przemycano piwa i by nie było kradzieży. A w przerwach także graliśmy w karty. Na stolarni mieliśmy rozłożony styropian i na nim spaliśmy. Pamiętam, że w nocy mieliśmy otwarte okna, bo było bardzo ciepło.
AC. Czy Pan i koledzy z pracy wierzyli w powodzenie strajków, w ich sens? Czy mieliście nadzieję na to, że władza ludowa zgodzi się na ustępstwa?
MK. Na początku myśleliśmy, że to nic nie da, ale jak dochodziły do nas gazetki, to utwierdzały przekonanie, że to jest protest ogólnopolski. Widzieliśmy, że tu stoją, tam stoją - przecież wszystkich nie zabiją. Dopiero jak "Solidarność" powstała, wtedy było duże rozczarowanie. Ludzie mieli nadzieję na pełne sklepy, na mieszkania i wtedy się rozczarowali. Inflacja rosła. Obrazowo - dzisiaj zarobiłeś na "litra", a za pół roku znowu na "pół litra". Bo państwo drukowało pieniądze i za to były podwyżki płac.
AC. Czy były obawy związane z ewentualną interwencją Związku Radzieckiego?
MK. Straszyli, ale bardziej to była propaganda niż realne zagrożenie. Ale nad tym się nie zastanawialiśmy, bo przecież strajkowało nas więcej. Większe ryzyko podejmowali przywódcy strajku.
AC. Jak odniósł się Pan do 21 postulatów, których spełnienia domagał się Międzyzakładowy Komitet Strajkowy w Gdańsku?
MK. W tym momencie popierałem, szczególnie podwyżki.
AC. Czy śledził Pan ówczesne zajścia w oficjalnych mediach - w telewizji, radiu, w gazetach? Jaki tam można było spotkać obraz strajków?
MK. Jak siedziałem na terenie zakładu, to nie oglądałem, ale w komentarzach po strajku starali się to wszystko lekceważyć, a przecież była to ogromna fala.
AC. A może miał Pan możliwość zapoznania się z ówczesnymi wydarzeniami z innych, nieoficjalnych źródeł?
MK. Tak. Według nas, to była prawda. Ta prasa podziemna była bardzo rozbudowana. Zachowałem sobie nawet jedną broszurę. Podczas stanu wojennego skrzętnie ją ukrywałem. Ponadto czytało się broszurę i przekazywało następnemu.
AC. Czy wierzono w to, iż władza pozwoli na realizacje porozumienia?
MK. W tym momencie na 100% wierzyli wszyscy w ich realizację, ale życie to zweryfikowało. Już w stanie wojennym strajkowali nieliczni, bo władza tak zagrała, by tym przywódcom dać wolną rękę, by wyjechali i żeby był spokój.
AC. Jaki miał Pan stosunek do Lecha Wałęsy? Czy postrzegany był on jako bohater, jako zwycięzca?
MK. Do dziś dnia go tak postrzegam, bo naprawdę - trzeba było mieć wtedy dużo odwagi, by nadstawiać karku. Ostatecznie - załatwili go doradcy i cwaniacy, którzy się przy nim zakręcili. Miał swój rozum, ale jak został prezydentem, to był już tylko marionetką.
AC. Czy następnie wstąpił Pan do Solidarności?
MK. Tak, byłem członkiem do 1998 roku, płaciłem składki, ale jak odszedłem z "Polmo", to przestałem.
AC. Czy ówczesne wydarzenia miały wpływ na dalsze funkcjonowanie FPS? Jeśli tak, to co uległo zmianie?
MK. Miały wpływ na całą ówczesną gospodarkę. Do stanu wojennego życie toczyło się normalnym tokiem, ale w i po stanie wojennym zaczęły robić się schody.
AC. Jaki błąd według Pana zaważył na naszych obecnych przemianach demokratycznych?
MK. Błąd dekomunizacji. Przykładowo - ci, co stali na czele jakichś zakładów dobrze się ustawili. Niektórzy robili wszystko, żeby firma zbankrutowała, by kupić ją potem za grosze i tak ją przejmowali. I to był błąd "okrągłego stołu".
Tczew, dnia 28 lutego 2007 r.
Wywiad z Mieczysławem Śliwką
AC. Gdzie Pan pracował w sierpniu 1980 roku i na jakim stanowisku?
MŚ. W sierpniu 1980 roku pracowałem w Fabryce Przekładni Samochodowych, FPS "Polmo", na wydziale narzędziowni [Służba Narzędziowa - TN], na stanowisku: frezer - modelarz.
AC. Co odczuwał Pan w związku z ówczesną sytuacją ekonomiczną, z załamaniem się "cudu" gierkowskiego?
MŚ. Było bardzo duże niezadowolenie wśród załogi polmowskiej, nie tylko, ale i w innych zakładach ludzie się burzyli. Nie było podwyżek płac, ceny były windowane i z miesiąca na miesiąc wszystko drożało. No i myśmy się domagali podwyżek płac, ale to było wszystko bez echa. Tłumaczyli się tym, że nie ma pieniędzy na podwyżki.
AC. Czy przychylnie patrzył Pan na ówczesny system polityczny kraju - jeśli nie, to proszę określić, co w nim było takiego rażącego?
MŚ. Najbardziej mnie raziło w systemie to, że nie było wolności słowa, nie mogliśmy się wypowiadać dowolnie na wybrane tematy. Chciałoby się mówić o gospodarce, dyskutować z nimi, ale to było wszystko tabu, bo oni to sobie wszystko przypisali - partia. Oni byli najmądrzejsi. Oni mieli monopol na wszystko, na zaopatrzenie, rynek, gospodarka, rolnictwo, na wszystko dosłownie.
AC. Czy miał Pan jakieś pomysły odnośnie zmian, jakie powinny nastąpić?
MŚ. No oczywiście że tak - miałem pomysły, bo przed Sierpniem '80 dochodził do mnie już "Robotnik" z Gdańska, z Wolnych Związków Zawodowych. Jakimi kanałami to przychodziło, to ja do dzisiaj nie wiem. W każdym razie, 2-3 numery dostawałem co jakiś czas regularnie do "Polmo" i między swoimi zaufanymi pracownikami w narzędziowni przekazywałem te numery "Robotnika". Wiem, że nawet dostały się niektóre do góry, do Rady Zakładowej, że przewodniczący Rady Zakładowej nawet czytał te numery. Jakim kanałem on to tam dostał, to nie wiem. Widocznie miał gdzieś na dole kolegów zaufanych.
Mi najbardziej chodziło o to, żeby zmienić ten system związków zawodowych, żeby nie było tych związków sterowanych z Warszawy, ale żebyśmy my, na dole podejmowali decyzje. By wybory odbywały się na wydziałach, później tak wyżej, aż na szczeblu zakładowym. A przewodniczący Rady Zakładowej był wybierany wtedy odgórnie, przez dyrekcję. To nie było, że załoga go wybierała, to dyrekcja. To była wtedy Centralna Rada Związków Zawodowych, a myśmy należeli do Związku Zawodowych Metalowców.
AC. A miał Pan może jakąkolwiek styczność z opozycjonistami z Tczewa czy też innych miast?
MŚ. Nie, przed "Sierpniem 80" nawet mi się nie marzyło, że coś takiego w Tczewie działa. Nie wiedziałem nawet, że coś takiego jest w Tczewie, jakaś opozycja.
AC. Jak osobiście zareagował Pan na podwyżkę cen żywności, która miała miejsce w lipcu 1980 roku?
MŚ. To był poniedziałek [1 lipca wypadał wtedy we wtorek]. Przyszliśmy do pracy i już był taki niepokój na wydziale naszym. Dowiedzieliśmy się skądś tam, że takie były sygnały, że najprawdopodobniej weszła podwyżka cen na garmaż i artykuły spożywcze w stołówkach zakładowych. I to nas zaniepokoiło. Poszliśmy do przewodniczącego, wtedy to się nazywał "mąż zaufania" - na wydziale Tadeusz Landowski to był i mówimy: "Tadeusz idź do góry do Rady Zakładowej, dowiedz się co jest faktycznie z tymi cenami." Ale już nikt pracy nie podejmował wtedy, takie niepokoje już były.
AC. Czyli już się powoli rozpoczynał strajk?
MŚ. To nie był jeszcze strajk, ale już były niepokoje. Ludzie nie włączali maszyn, albo na chwilę odchodzili, dyskutowali. No i później o godzinie 900 śniadanie. Landowski wrócił z tej odprawy, z Rady Zakładowej. Tam mu kategorycznie zastrzegli, że nie wolno tego nigdzie na tablicach ogłoszeń oficjalnie opublikować, tych cen nowych. Ale mu podyktowali te ceny, więc on na tej kartce sobie spisał wszystko i kto powiesił - ja do dzisiaj nie wiem też. Na tablicy ogłoszeń ktoś tą kartkę z tymi nowymi cenami przywiesił i wtedy dopiero się zaczęło, faktycznie szum się zrobił. Młodzi pracownicy, tacy po szkole zawodowej, co do technikum wieczorowego chodzili - byli bardzo aktywni wtedy, bardziej świadomi tego wszystkiego. Zaraz na produkcyjne działy zaczęli latać, powiadamiać działy produkcyjne. Produkcja się do nas zaczęła zbiegać, czytać i tak się zaczął strajk - spontanicznie.
Podwyżka byłą w granicach 50-70 %, a trzeba wsiąść to pod uwagę, że bardzo dużo pracowników się żywiło na stołówce zakładowej. Były jeszcze bufety zakładowe dodatkowo, gdzie szliśmy spożywać śniadanie. I jak było tanio, to człowiek nie brał z domu śniadania, tylko żeśmy sobie kupowali. No i takie wielkie podwyżki cen, to od razu mocno by nas po kieszeni uderzyły i dlatego żeśmy postanowili, że nie podejmiemy pracy, dopóki z góry nikt nie przyjedzie, żeby z nami tą sprawę przedyskutować. Tak, że to się oparło aż o Warszawę. Przyjechał wtedy ówczesny szef CZZ, Jan Szydlak - to był członek KC. Przyjechał także dyrektor generalny Zjednoczenia Przemysłu Maszynowego [Był nim I. Maciejewski, zobacz: J. Golicki, Album tczewski 1945-2000, Pelplin 2006, s. 40], a i władze partyjne powiatowe uczestniczyły w tych dyskusjach. To wszystko, cały wiec odbywał się na wydziale narzędziowym [TL]. Tam zażądaliśmy: ceny cofnąć do tych, co były i podwyżkę płac o jedną grupę do góry.
AC. A jak dyrekcja zareagowała?
MŚ. Dyrekcja była bardzo wystraszona. Latali od maszyny do maszyny dyrektorzy, zastępcy i "przydupniki" partyjne. Namawiali nas, byśmy włączyli maszyny, ale nikt nie chciał. Każdy się odwracał tyłem do nich i odchodził - nie podejmowaliśmy w ogóle z nimi dyskusji. Tylko czekaliśmy na oficjalną delegację, z którą konkretnie będziemy mogli rozmawiać.
AC. A brał Pan już wtedy udział w negocjacjach?
MŚ. To nie były negocjacje, to się odbywało na wiecu, w narzędziowni. Z całego zakładu się naschodziło "kupę narodu" i kto miał ochotę, to mówił. I oni to wszystko wysłuchiwali i zapisywali.
AC. To jaka wtedy decyzja została podjęta?
MŚ. No chyba na drugi dzień albo na trzeci już mieliśmy decyzję [3 lipca zaakceptowano żądania, a ich realizacje zapewniał pisemnie dyr. Jędykiewicz, zobacz: Album tczewski 1945-2000, Pelplin 2006, s. 41], że ceny cofnięte i o całą jedną grupę zakład zostaje zaszeregowany. Automatycznie każdy zyskał.
AC. Czy można przypuszczać, że już wtedy dyrekcja ułożyła "czarną listę" popierających wystąpienie, którzy mieli być zwolnieni?
MŚ. Były później takie głosy, że jest sporządzona "czarna lista" załogi, tych najbardziej aktywnych, którzy mieli być usunięci z zakładu. I ratunkiem dla tych ludzi był właśnie strajk sierpniowy.
AC. W związku z tym, że akcja strajkowa w kraju nabierała rozpędu, to czy opozycjoniści z FPS wzmogli swą działalność na rzecz solidarnego strajku z innymi przedsiębiorstwami? Jeśli tak, to na czym polegała ta aktywność?
MŚ. Po tym strajku lipcowym ja wyjechałem na urlop do Radomia. I mój brat tam pracował w Zakładzie "Waltera" - Karola Świerczewskiego, to była fabryka broni. W 1976 roku bardzo dużą rolę odegrali właśnie robotnicy tego "Waltera" w Radomiu. Oni to wyszli na ulicę. Po tym lipcowym strajku już mnie zaczęło coś "rajcować", więc mówię do brata: ty pracowałeś w "Walterze", czy byś nie mógł tam z chłopakami pogadać, żeby przynieśli jakieś materiały na temat tych ścieżek zdrowia, o pałowaniu tych robotników w Radomiu w 1976 roku. On pytał wtedy - po co mi to?! I plik tych cienkich książeczek mi załatwił, a jak wróciłem z urlopu - z Radomia przyjechałem 20 sierpnia - to poszedłem do fabryki, a fabryka jeszcze pracowała. Ja miałem ten plik tych ulotek, wszedłem do narzędziowni i mówię: "Panowie! Tu zobaczcie, jak pałowali naszych braci w 1976" i zacząłem rozdawać. I na drugi dzień bum! Strajk!
AC. A jak wyglądały następne dni w pracy po strajku lipcowym? Czy na co dzień w FPS były odczuwalne napięcia związane ze strajkami? Czy często dyskutowano na ten temat?
MŚ. Ja wtedy byłem na urlopie, ale w zasadzie był spokój. Jak oni nam przysłali te podwyżki, to tylko chodziły te słuchy, strach, że mogą być czystki. Była taka mowa o jakiejś "czarnej liście". Ale dokładnie tego nikt nie wie do dzisiaj, czy była taka lista.
AC. Strajk lipcowy był spontaniczny. A jak wyglądały przygotowania do sierpniowego?
MŚ. Ja wróciłem dwudziestego. FPS sobie "odpuściła" w sierpniu, bo dostali podwyżki i tak od razu nie przystąpili do tego strajku, co w Stoczni wybuchł czternastego. Dwudziestego jeszcze pracowali, dopiero dwudziestego pierwszego żeśmy zorganizowali Komitet Strajkowy w FPS na drugiej zmianie. I tylko nie mieliśmy przewodniczącego, a z wszystkich poszczególnych wydziałów przewodniczący już byli, Komitety Strajkowe już były, tylko brakowało przewodniczącego Komitetu Strajkowego - zakładowego. I wtedy z tą grupą, która się wyłoniła - ten Komitet Strajkowy - żeśmy szli od wydziału do wydziału i czytaliśmy postulaty. Na każdym wydziale żeśmy się zatrzymywali, jeden wchodził na maszynę, wysoko - to był Jurek Skoczylas. Miał donośny głos, bo nie mieliśmy nagłośnienia, to czytał to głośno. I mieliśmy problemy, np. z działem montażu. Dwóch pracowników nam się przeciwstawiło, zagrodzili wejście na wydział i powiedzieli "Co!? Wy tu chcecie strajkować!?"
AC. A jak przyjmowali decyzje o strajku pracownicy? W końcu to duży zakład, więc o jedność nie było łatwo.
MŚ. Próby rozbicia były - tak, jak na wydziale montażu. Wtedy sobie powiedzieliśmy: "Zostawiamy na razie montaż na boku", daliśmy ludziom czas, żeby między sobą porozmawiali, tych dwóch jakoś spróbowali wziąć na bok. No i przeszliśmy na wydział wałków. Był on już zorganizowany, więc nie było problemu w ogóle. Później na wydział kół zębatych, też był zorganizowany bardzo dobrze. I dochodzimy do wydziału PC, to jest hartownia główna, a tam było przejście wielkie - między tymi wydziałami - i to przejście zabarykadowane było pojemnikami na stal, także rozmowy, negocjacje z tą załogą odbywały się przez tą barykadę. Bo tam był też taki kierownik, partyjniak, który nie chciał dopuścić, żeby tam nastąpił strajk. 15 minut negocjowaliśmy z tymi chłopakami - oni byli za strajkiem, ale byli zastraszani przez tego kierownika. No i w końcu wzięli wózek widłowy, rozwalili tą barykadę i się przyłączyli do nas. Przedstawiciela przysłali swojego na rozmowy. I jak żeśmy wracali już z tych wydziałów, z powrotem do narzędziowni, to powiadamialiśmy, by przedstawicieli Komitetu Strajkowego przysyłano do narzędziowni. Tam będzie się montował ten konkretny, już Zakładowy Komitet Strajkowy i tam podejmiemy decyzję, co dalej robić z zakładem. Po drodze spotkaliśmy właśnie inż. Kaszubę, którego wcześniej nie znaliśmy. On pracował, jak się później dowiedzieliśmy, w prototypowni - to był dział doświadczalny, a on był konstruktorem. Kolega mu zaproponował, żeby nam się przedstawił, gdzie pracuje, na jakim wydziale. I on powiedział, że podjąłby się i stanął na czele strajku. Wtedy nam ulżyło.
No to od czego zaczynamy? Pierwsze co, to trzeba służbę wartowniczą wystawić.
AC. W jakim celu utworzyliście tą służbę patrolową - skąd ta ostrożność? Czy miał miejsce sabotaż?
MŚ. Jak powstał Komitet Strajkowy, to automatycznie odpowiedzialność za zakład spadła na nas, na Komitet Strajkowy - tj. bezpieczeństwo przeciwpożarowe, zabezpieczenie magazynów, żeby nikt z postronnych osób na teren zakładu nie wszedł. Na końcu zakładu było składowisko - paliwo w beczkach było na wolnym powietrzu i ktoś mógł to specjalnie podpalić. Także wytypowaliśmy posterunki stałe, na portierniach, i były także posterunki trzyosobowe - ruchome, bo krążyły wzdłuż płotu, przy magazynach. Były tylko uzbrojeni w pałki, pręty. Ważniejsze obiekty zabezpieczaliśmy.
AC. Więc jakie były obowiązki waszego Zakładowego Komitetu Strajkowego?
Naszym obowiązkiem, Komitetu Strajkowego było prowadzenie tych list wart. Wszystko było dopięte, jak w wojsku. Ja wytypowałem na szefa zabezpieczenia zakładu Heńka Tarasiewicza, też frezera z narzędziowni i wiedziałem, że on ma duże doświadczenie z wojska, był kapralem. Oprócz tych wart - posterunków, to musieliśmy powołać grupę przeciwpożarową, która zabezpieczała zakład, żeby ktoś nie popalał w szatniach czy gdzieś, gdzie łatwo zaprószyć ogień. To był Mietek Tyda z Ochotniczej Straży Pożarnej w "Polmo" i on został odpowiedzialny za bezpieczeństwo przeciwpożarowe w całym zakładzie. On wyznaczył palarnię.
AC. A z alkoholem nie było problemów?
MŚ. Z alkoholem było zero problemów, tak się załoga podporządkowała.
Jeszcze powołaliśmy grupę socjalną. Wiadomo, byli ludzie ze wsi, brakowało im jedzenia, a tym co w mieście mieszkali, to rodziny donosiły. Komu zostawało, to do grupy socjalnej się oddawało resztę jedzenia i oni rozdzielali dla tych, co nie mieli.
AC. W jaki sposób się żywiliście?
MŚ. No głównie była powołana ta Komisja Socjalna, która dbałą, żeby żadna kromka chleba się nie zmarnował, żeby wszystko dobrze zagospodarować. Ktoś wszedł w układy z rolnikami - prawdopodobnie Kaszuba, może ktoś z jego otoczenia - że zaczęli nam oni przywozić mleko, jajka.
AC. Stołówka wtedy nie działała?
MŚ. Na początku nie, ale później otworzyli.
AC. A jak wyglądało życie codzienne strajkujących?
MŚ. Żeby głupoty do głowy nie przychodziły, postawiliśmy sobie za cel, by jak się zakończy strajk, zakład zostawić w idealnym porządku. Maszyny czyściliśmy, korytarze zamiataliśmy, ubikacje. Nie było sprzątaczek, a wszędzie był błysk. Przepustek do domu nie dostawało się tak łatwo. Trzeba było najpierw wartę "odwalić", a później można było iść na przepustkę. Były one wypisywane, z pieczątką, na noc, a rano trzeba było się już meldować. Tylko na noc żeśmy puszczali.
AC. Nie było żadnego sabotażu?
MŚ. Był jeden problem. Kierownik z działu socjalnego wskoczył przez płot, właśnie na wysokości tych beczek z paliwem, ale nasza trójka patrolowa, co tam chodziła, go dorwała. Przyprowadzili go do nas, do KS. Pytaliśmy - po co on tam wskoczył, dlaczego on to zrobił? Ale nie chciał nic mówić. Potem wyrzuciliśmy go na zewnątrz.
I żeśmy zapomnieli najważniejszej sprawy omówić - jak się odbywało przejęcie zakładu. To nie było tak, że KS wziął zakład w swoje ręce. Trzeba było z dyrektorem naczelnym się spotkać, a był on mocno partyjny - był w Komitecie Powiatowym i w wojewódzkiej egzekutywie. Do końca strajku nie przekazał nam radiowęzła zakładowego. Nie mogliśmy nadawać komunikatów na bieżąco o sytuacji strajkowej w Gdańsku. W negocjacjach o przejęcie zakładu brał udział dyrektor Jędykiewicz i Jak Krupa - to był pierwszy sekretarz zakładowy partii. Oni nas straszyli, że po strajkach zrobią remanenty we wszystkich magazynach i wszystkie niedobory, które stwierdzą, pójdą na nasze konto. Mówili, że nie wyjdziemy z więzienia nigdy. I żeśmy zrobili jeszcze taki numer, że wszystkie magazyny oplombowaliśmy.
AC. Czyli nikt z dyrekcji nie poparł was?
MŚ. Nie, z dyrekcji nie. Średni nadzór przyłączył się do nas, strajkowali. Ale kierownictwo nie. Chcieliśmy tez dyrektora wyrzucić z zakładu, to na siłę się wdarł przez nasz patrol na głównej portierni, tak że guzik mu nawet od marynarki urwali, tak się szarpał. Później ten, co się szarpał z nim na tej portierni, był internowany. To był Stanisław Mrozek.
AC. Jak doszło do kontaktu z MKS w Gdańsku i na czym następnie ta współpraca polegała?
MŚ. Już po opanowaniu zakładu, po powołaniu wszystkich służb wydelegowaliśmy jednego łącznika z naszego KS. Wypisał mu Kaszuba przepustkę. To był Leszek Lamkiewicz, też robotnik z działu produkcyjnego. To był łącznik między naszym KS a MKS w Stoczni Gdańskiej. I Leszek jeździł do Gdańska, potem wracał i ogłaszał sprawozdania. Ktoś zorganizował nawet tubę nagłaśniającą.
AC. Czyli atmosfera między pracownikami była dobra?
MŚ. Była bardzo dobra w czasie strajku. Po strajku, jak dyrektor naczelny wizytował zakład, to nawet żeśmy od niego dostali pochwałę. Mówił, że życzyłby sobie, żeby cały czas w takim idealnym porządku był zakład, jak w czasie strajku. Dyscyplina była nienaruszona. Był tylko jeden przypadek, kiedy musieliśmy wezwać pogotowie, bo załamał się facet psychicznie. Widać było, że na nic nie reagował, patrzył w jeden punkt, widać było depresję. Karetka pogotowia go zabrała.
AC. Czy Pan i koledzy z pracy wierzyli w powodzenie strajków, w ich sens? Czy mieliście nadzieje na to, że władza ludowa zgodzi się na ustępstwa i przyjmie żądania MKS w Gdańsku?
MŚ. Nadzieje na to, że wygramy ten strajk były. Tylko pytanie było, co dalej zrobić, jak dalej zagospodarować to wszystko, żeby można się było z władzą dogadać, z partią. Bo myśmy sobie zdawali sprawę, że oni mogli podpisać tą umowę społeczną, gdyż był bardzo duży nacisk. Na taką skalę jeszcze nigdy w Polsce strajków nie było. Byliśmy przekonani, że oni będą od samego początku kombinować, żeby nas rozwalić od środka. Dlatego było tak, że oni nie zabraniali nikomu wstępować do tych związków. Dzisiaj mi się wydaje, że oni specjalnie kazali wchodzić w te struktury, żeby od środka wiedzieć, co się dzieje na każdym odcinku, by jak będzie trzeba - zrobić "porządek z ludźmi". No i tak to wyszło chyba.
AC. A jako członek ZKS, jakie były Pana obowiązki w czasie strajku?
MŚ. Ja na swoim wydziale byłem szefem KS i ponad 300 ludzi było pod moją opieką bezpośrednio. Odpowiadałem za ludzi, musiałem dzień i noc być na chodzie. Cały czas trzeba było być wśród ludzi, rozmawiać, utrzymywać atmosferę, by nie wdać się w niepotrzebne dyskusje. Wiadomo było, że partia cały czas kombinowała, wypuścili fałszywe ulotki, żeby zgnieść ten strajk.
AC. Czy były obawy związane z ewentualną interwencją Związku Radzieckiego?
MŚ. Były później takie głosy, ale myśmy żartowali, że po co oni tu mają wchodzić, jak oni tu już są. Także były obawy, że może być interwencja. Szczególnie, jak te manewry zrobili. Jak oni by wtedy chcieli, to w mig by nas zgnietli.
AC. Czy śledził Pan ówczesne zajścia w oficjalnych mediach - w telewizji, radiu, w gazetach? Jaki tam można było spotkać obraz strajków?
MŚ. Oni nas zawsze przedstawiali jak najgorzej.
AC. A może miał Pan możliwość zapoznania się z ówczesnymi wydarzeniami z innych, nieoficjalnych źródeł? Czy słuchano wtedy Radia Wolna Europa na teranie zakładu?
MŚ. Na terenie zakładu to nie. Ja przynajmniej nie słuchałem. Z MKS dochodziły do nas ulotki. Lamkiewicz przywoził. Zachowałem te strajkowe biuletyny, mam też fałszywki, które wydała partia, żeby rozbić ten strajk w Gdańsku.
AC. Jak odniósł się Pan do porozumień sierpniowych? Czy uważano je za sukces strajkujących? Czy wierzono w to, iż władza pozwoli na ich realizacje?
MŚ. Myśmy to, jako robotnicy, odebrali bardzo dobrze. Wtedy tak nie myśleliśmy, jak ci doradcy, co byli przy podpisywaniu tych porozumień, jak Mazowiecki czy Gwiazda Andrzej. Oni wiedzieli dużo więcej od nas, a myśmy się cieszyli ze zwycięstwa. A Lech Wałęsa, jak się żegnał na bramie po strajku to mówił, że najgorsze dopiero przed nami, tylko akurat tego nikt nie słuchał, co on powiedział. Tylko euforia była z wygranego strajku.
AC. Jaki miał Pan stosunek do Lecha Wałęsy? Czy postrzegany był on jako bohater, jako zwycięzca?
MŚ. Ja Lecha Wałęsę szanuje do dzisiaj jako bohatera narodowego. Ja nie miałem wglądu do żadnych materiałów, które by go kompromitowały. A jeżeli ktoś chce mu udowodnić, że był agentem, to musi przedstawić dokładne dokumenty na to wszystko. Dopiero wtedy można oskarżać człowieka.
Wtedy lepszego człowieka jak Wałęsy nie było na tamte czasy i do dzisiaj go szanuje za to. Bo mądrych dziś jest dużo, takich co mówią, że inaczej można było to zrobić, ale to trzeba wtedy było być przy tym. Ja jeździłem na manifestacje do Gdańska 1-majowe i 3-majowe, i te sierpniowe pod Sobieskiego w stanie wojennym. To ja widziałem jak się rozprawiało z nami ZOMO i wojsko. A Lechu Wałęsa był zawsze, jak wyszedł z internowania, w czołówce w pochodach. On szedł z nami.
AC. Czy następnie wstąpił Pan do Solidarności?
MŚ. Oczywiście. Byłem działaczem, tylko do wyborów nie stanąłem, do władz związkowych. Natomiast włączyłem się w działalność Gdańskiego Komitetu Obrony Więzionych za Przekonania. Tam Konrad Gajewski był przewodniczącym komitetu i Zdzisław Stachowicz - to była ta nasza trójka.
AC. Czy ówczesne wydarzenia miały wpływ na dalsze funkcjonowanie FPS - jeśli tak, to co uległo zmianie?
MŚ. W zakładzie duże były zmiany, ponieważ dyrektor Jędykiewicz został usunięty zaraz po strajkach. Zjednoczenie z Warszawy nie bardzo chciało nam ustąpić, bo miał on duże poparcie w partii, ale pod naciskiem załogi, na wiecu w świetlicy w końcu ustąpili. A wtedy rozpisaliśmy wybory w "Polmo" do Rady Pracowniczej, która potem wybrała w drodze konkursu dyrektora naczelnego.
AC. Co najbardziej Panu utkwiło w pamięci z czasów strajków?
MŚ. Najbardziej upór władz partyjnych. Oni byli tak nastawieni, że dla nich nie było do pomyślenia, że oni mogą oddać władzę, nawet częściowo, żeby z robotnikiem można się było władzą podzielić. Oni decydowali o wszystkim. W samej nazwie PZPR było słowo "robotnicza", a myśmy nic nie mieli do gadania. To było tylko hasło, nic więcej.
AC. Jaki błąd według Pana zaważył na naszych obecnych przemianach demokratycznych?
MŚ. Dla mnie najgorszą sprawą było od początku, że w 1989 roku nie było czystek w aparacie władzy. No i wtedy ta nadzieja była, że jak dojdzie do "okrągłego stołu", że tam będą podpisane konkretne porozumienia miedzy społeczeństwem i władzą, i oni tę władzę w końcu oddadzą. Wtedy u mnie była taka nadzieja, że w końcu pogonimy tych wszystkich "uboli", "esbeków", że rozliczymy tych wszystkich oficerów, prokuratorów. I co się okazało po 1990 roku - że nie da rady tego ruszyć. I mi się wydaje, że to bardzo wielkie znaczenie miało, że ta Polska nie poszła w tym kierunku, w którym powinna iść.
AC. A jaki błąd popełnili byli działacze "Solidarności" - czy aby nie uważa Pan, że zaprzepaścili oni swoje szanse, szanse na właściwe przeprowadzenie przemian?
MŚ. Mi się wydaje, że nie potrzebie do władzy przechodzili. Z wysokich funkcji związkowych zaczęli przechodzić do rządzenia państwem. Gdyby kontrolowali władzę i patrzyli jej bardziej na ręce, to większy sukces byśmy odnieśli. Tak jak np. Krzaklewski wystartował na prezydenta RP. To był jego duży błąd.
AC. Ogólnie rzecz biorąc osłabiło to Związek?
MŚ. I to bardzo osłabiło. Raz, że osłabiło Związek, ale i zaufanie straciliśmy do ludzi ze Związku, do tych czołowych działaczy.
|