Wiatraki, czyli...

Wiatraki,  czyli analiza pewnej umowy przedwstępnej dokonana na wiejskim zebraniu w pięknych okolicach mazurskich...

Grzegorz Eberhardt

Byłem na wiejskim zebraniu, dzięki temu wiem, jak wygląda Rozmowa Pana z Chłopem.

Pan to w tym przypadku firma „Eko-jakoś tam” zajmująca się wiatrakami produkującymi, jak sama nazwa wskazuje, absolutnie ekologicznie, energię elektryczną. Chłop to ten wcale licznie zebrany tłum w sali wiejskiego ośrodka. Miejsce akcji – polska wieś. Tu akurat przedpole Mazur, ale identyczne rozmowy mają miejsce i w innych zakątkach naszego kraju. Pan chce, jak mogę przypuszczać, wyprowadzić w pole chłopa. Tym razem w temacie wiatraków. Ale wcale niełatwo mu to idzie, choć chwyta się każdego sposobu. Najważniejsze jest zaskoczenie, gdy to wpada w obejścia gospodarskie i obiecuje wielkie zarobki za nic, bo i czymże wielkim jest oddać w dzierżawę płachetek ziemi. I za takie nic otrzyma aż 25 tysięcy zł rocznie. Czyli – zaskoczenie i kuszenie.
Zaczyna się od wójta. Nie wiadomo dlaczego, ale jego, na ogół, jest najłatwiej namówić. Przekonany ustanawia nowy plan zagospodarowania przestrzennego. Najlepiej, gdy o tej nowince nie dowie się za wiele osób. Trafi wiadomość do nieodpowiedniego, a taki, wiadomo, biedy napyta. W omawianym przypadku o decyzjach urzędu we właściwym czasie dowiedzieli się tylko ci, co mieli się dowiedzieć i co czytają pilnie lokalną gazetę, nie zapominają o codziennej kontroli komunikatów urzędowych na stronie internetowej. Już nie mówiąc o tych, którzy coraz to zajrzą do gminy, aby poczytać na tablicy ogłoszeń najświeższe informacje, poznać decyzje itd., itp. W każdym razie, formalnościom stało się zadość, jak dziś zapewnia urzędnik, powołując się na paragrafy. Z jakichś powodów jednak tym razem odstąpiono od tradycji, czyli podania ogłoszenia w miejscowości (na słupie), dla której skutki zmiany owego planowania przestrzennego będą największe.

I jest oczywiście absolutnym przypadkiem, iż ta intensywna, ważna działalność urzędu odbywała się w czasie żniw, a więc w czasie o innych priorytetach aniżeli interesowanie się pracami urzędników. Przecież, żniwa mijają i oto rolnik odkrywa, co też jego władza, widać pracą na polu nie zaabsorbowana, wymyśliła. Dla jego dobra oczywiście, bo jakżeby inaczej mogło być! I w zgodzie z postępem, bo bez postępu nie ma, no nie ma jak żyć, i tak dalej. Kiedyś protestowano na maszynę parową, a dziś, bez niej, gdzie bylibyśmy, no gdzie! Tak odważnie broni swych działań np. wójt na relacjonowanym niniejszym spotkaniu wiejskim. Wspiera go przedstawiciel firmy „Eko-jakoś tam” m.in. długim wykładem na temat absolutnego bezpieczeństwa owych fabryk elektryczności dla ludzi, zwierząt, upraw. Np. pole magnetyczne… toż suszarka do włosów tyle samo wytwarza! Słuchaczy wyraźnie ta siła argumentów wgniata w krzesła. Ale nie wszystkich.
Np. pani B. nie siada, a zadaje pytania. I nawet podpiera je dokumentami. A ma ich wiele. Np. w temacie suszarek do włosów, demonstruje angielsko-języczny (rodem z Danii) instruktaż dla osób prowadzących serwis wiatraków. Jeden z punktów tej instrukcji zakazuje takiemu technikowi nieuzasadnionego przebywania w pobliżu wiatraka (co najmniej 400 m oddalenia)…

Dla jasności relacji zatrzymajmy się jednak tylko przy jednym z dokumentów demonstrowanym na zebraniu; przy umowie przedwstępnej, do podpisania której udało się przedstawicielom firmy „Eko-jakoś tam” namówić już kilku tutejszych rolników. Podobno, gdy zapoznali się z tekstem, który zaakceptowali swymi podpisami… Powiedzieć, że mają problemy ze snem to mało powiedzieć!
Ale czy można dziwić się takiej reakcji po uważnej lekturze paragrafu 6, p. 2 owej umowy, grożącego w przypadku odmowy zawarcia właściwej umowy karą w wysokości… 600 000 zł (słownie – sześćset tysięcy zł)? Dzierżawa zostaje zawarta na 30 lat. Rolnik otrzyma (umowa przedwstępna nie precyzuje czy to jest opłata za jeden wiatrak czy za fermę wiatrową) wspomniane na początku 25 tys. zł rocznie. Tu w tym samym par. 6, w punkcie 4 podp. c, możemy wyczytać, iż „Czynsz dzierżawny obowiązywać będzie od dnia przekazania farmy wiatrowej do eksploatacji”. Czyli dopiero po wybudowaniu i wdrożeniu do sieci! A więc – ile lat bezpłatnego uwijania się po polu rolnika…?

Przepraszam, zapomniałem, a przecież wójt wyraźnie mówił na zebraniu, iż firma wiatrakowa jest bardzo pożyteczna dla gminy. Nawet zapowiedziała sfinansowanie remontu drogi. No więc – uwijać się będzie ową wyremontowaną drogą, zresztą drogą dojazdową do budowy wiatraków.
Tu chyba warto uprzytomnić osobom niezorientowanym, iż wiatraki takie mierzą 100 metrów wysokości. Są i wyższe dochodzące do blisko 200 metrów (wysokość tzw. Pałacu Kultury i Nauki w Warszawie; bez iglicy). Ile czasu trwa taka budowa… Nie znalazłem informacji. Rolnik też nie wie. Wracając więc do umowy, dokumentu – w mojej ocenie – najważniejszego jaki pojawił się w trakcie zebrania. I, od razu dodajmy, dokumentu, na którego krytykę nie zareagował ani słowem żaden z przedstawicieli firmy wiatrakowej. A przecież milczenie to też odpowiedź.

Bo i trudno chyba byłoby wytłumaczyć się z dwuznaczności par. 8, gdzie zapowiada się: „Strony zobowiązują się do zachowania w tajemnicy fakt zawarcia umowy wobec osób trzecich, z wyłączeniem koniecznych Urzędów Rzeczpospolitej Polskiej oraz zobowiązują się dochować poufności i tajemnicy całości treści umowy oraz poszczególnych jej zapisów traktując je jako znane tylko stronom umowy”.
Dla jasności sytuacji wyjaśnię, iż tekst umowy krążący wśród uczestników zebrania (a od miesięcy znany np. wójtowi, urzędnikom gminnym także) jest egzemplarzem pozostawionym jednemu z rolników zachęcanych do jego parafowania. Egzemplarzem nie podpisanym, a więc możemy odetchnąć z ulgą – tym razem rolnik ten nie pójdzie do kryminału za ujawnienie tajemnicy! Tak, intencja tego paragrafu jest oczywista – nie podskakuj chłopie, coś podpisał, realizuj! A jak komuś się poskarżysz to paragraf 8, pamiętaj! Poznawszy par. 8 rozumiemy – pozornie już zrozumianego, głębię punktu 6 par., gdzie wpisano: „W przypadku braku możliwości uchwalenia dla terenów będących przedmiotem niniejszej umowy miejscowego planu zagospodarowania przestrzennego z oczywistej winy Właściciela naruszającej postanowienia zawartej umowy, Dzierżawcy przysługuje odszkodowanie w wysokości określonej w p. 2” (przypomnę, mowa o 600 tys. zł – uw. G.E.).

Z lektury par. 2 p. 1, wynika, iż rolnik zobowiązuje się „nie wznosić w odległości do 600 m od projektowanych przez Dzierżawcę elektrowni wiatrowych żadnych innych elektrowni wiatrowych, budowli, linii energetycznych lub innych przeszkód oraz nie wyrażać zgody na ich wzniesienie”. Rolnik nie denerwuje się ewentualnością budowy przez siebie kolejnego wiatraka; on czuje zagrożenie niejasnością sformułowania zakazującego mu wznoszenie „budowli”, „lub innych przeszkód”. Równie nie do końca pojmuje obowiązujący go zakaz wyrażania zgody… Komu? Sąsiadowi, którego ziemia leży bliżej wiatraka aniżeli 600 m. Mało, że sam ma się z dala trzymać, to staje się też cieciem inwestycji u sąsiada… P. 4 par. 2 zapowiada, iż naruszenie umowy w tym przypadku to, a jakże, kolejne 600 tys. zł.
Bezsenność rolnika zyskuje więc oto, w sumie, wartość miliona ośmiuset tysięcy zł. W omawianej umowie, jak już wspominałem, jest też o zysku rolnika – rocznie 25 tys. zł. Nie wiadomo jednak za ile wiatraków, nie wiadomo od kiedy (termin!)… A z kwotą tą wiąże się jeszcze jedna kwestia, akurat oficjalnie nie poruszona na sali (a szkoda), w kuluarach i owszem, obecna. Otóż, podobno, fakt dzierżawienia odbiera rolnikowi prawa do KRUS-u. A wtedy nagle zapowiadana kwota maleje o połowę… A nawet jeśli KRUS-u nie likwiduje, to rodzi się kwestia: kto będzie płacił podatki od nieruchomości? A podatek może znacznie wzrosnąć, jeżeli będzie ona używana dla celów prowadzenia działalności gospodarczej.

Mało że zysk już nie taki, jak za pierwszą wizytą przedstawiciela firmy, to rolnik jakby coraz mniej miał do powiedzenia na własnym. Do wspomnianych powyżej dowodów na taką przemianę tytułu własności przemawia też par. 3, w którym zapisano: „Strony akceptują, że Właściciel będzie mógł prowadzić na terenach nie zajętych przez elektrownie wiatrowe i infrastrukturę towarzyszącą produkcję rolną”.
Przepraszam, a gdyby chciał założyć stawy rybne, wesołe miasteczko czy fabrykę wody mineralnej lub samochodów (nie mówiąc o wytwórni powozów), to… No, jasne, narusza umowę, chłop jeden! On teraz, przez najbliższe 30 lat już nic tylko „produkcja rolna”!

W umowie nie ma żadnego, ale to żadnego zagrożenia finansowego dla firmy wiatrakowej. Żadnej kwoty, żadnej sytuacji. Tak, Panowie mają spokojny sen.
A kim właściwie są ci Panowie, przepraszam firma „Eko-jakoś tam”? Sugerują oni, a wójt przychyla się do tych zapewnień, iż są inwestorami. To poważnie brzmi, po prostu. Wszak w umowie przedwstępnej znajdziemy np. par. 5 i jego p. 2, gdzie czytamy: „Właściciel wyraża zgodę na zawieranie przez Dzierżawcę umów poddzierżawy wyłącznie pod budowę i eksploatację elektrowni wraz z infrastrukturą towarzyszącą”.

Dowcipne w tym kontekście jest słowo „wyłącznie”, reszta jest jasną zapowiedzią, iż Panowie z firmy wiatrakowej mogą zrobić co zechcą. I to na każdym etapie. Panowie zapisali to sobie w punkcie 5 paragrafu 6: „Właściciel wyraża zgodę na przeniesienie przez Dzierżawcę praw z niniejszej umowy przedwstępnej oraz umowy przyrzeczonej na inny podmiot”. Jacy więc inwestorzy? Toż to pośrednicy wydeptujący ścieżki zagraniczniakom nie potrafiącym poruszać się w polskim krajobrazie, obyczajach i układach. Tak w każdym razie sugeruje analizowana umowa. Umowa, w której nawet nie podano mocy ewentualnie budowanych wiatraków – informacja taka pada tylko na zebraniu. Mają być jedynie po dwa MW, a więc groźne tyle, co wspominana suszarka do włosów. Ale przecież jeśli prawa Dzierżawcy zostaną przeniesione na „inny podmiot”, to ów „inny podmiot” może wystawić i 100 MW wiatrak.

Aha, zapomniałem podać miejsca akcji. Spotkanie wiejskie, na którym byłem, odbyło się we wsi Świniarc, gmina Grodziczno. Naprawdę, w przepięknych okolicznościach przyrody.