Ceny biletów ze stolicy do słowackiego zagłębia narciarskiego nie są wygórowane. Rezerwując miejsce z tygodniowym wyprzedzeniem, można znaleźć się na pokładzie już za 33 euro i to po wliczeniu wszystkich opłat lotniskowych. Po godzinie jesteśmy w Popradzie, a po dalszych 30 minutach u podnóża słowackich Tatr. Kupujemy skipass i możemy do woli szusować po wszystkich okolicznych nartostradach. Gdzież to porównywać do uciążliwej wyprawy z Trójmiasta do Zakopanego, która trwa pociągiem minimum 12 godzin, do tego z przesiadką w Krakowie. Podróż z Gdańska do Bielska-Białej zajmie nam „tylko” 9 godzin, ale by dostać się na wyciągi górnicze w Szczyrku będziemy musieli jeszcze złapać busa.
– Nasi południowi sąsiedzi wyprzedzają nas o kilka długości. Jeżeli w każdym tygodniu zabierają z Warszawy po 400, to przez dwa miesiące kilka tysięcy osób spędzi ferie zimowe na Słowacji zamiast w polskich górach – ubolewa Józef Ratajski, wiceprezes Polskiej Izby Turystyki.
Na topie – Austria, Słowacja i Włochy
Od dobrych kilku lat kierunki wyjazdów zimowych się nie zmieniają.
– W pierwszym kwartale roku Polacy najczęściej wyjeżdżają na odpoczynek na Słowację, do Czech, Austrii, Włoch, a także do Niemiec. W tym rankingu niewiele się zmienia. Może się ewentualnie okazać, że Austria wyprzedziła, jeśli chodzi o liczbę polskich turystów, Słowację – mówi „Tygodnikowi Solidarność” Jerzy Łaciak z Instytutu Turystyki.
Widać jednak wyraźnie, że w czasach kryzysu Polacy oszczędzają na wyjazdach w ferie zimowe. Z danych Instytutu Turystyki wynika, że w pierwszym kwartale 2009 roku na wypoczynek w kraju lub za granicą zdecydowało się o 700 tys. Polaków mniej niż w analogicznym okresie roku 2008. Oznaczało to spadek o 16 proc.
– W 2009 roku właśnie w sezonie zimowym dało się odczuć skutki kryzysu. Część Polaków zrezygnowała z urlopu w tym okresie – przyznaje Jerzy Łaciak. – W tym roku może być podobnie.
Zapaleni narciarze nadal wolą zapłacić więcej za szusowanie po trasach alpejskich przygotowanych przez Austriaków czy Włochów. Choć w internetowych biurach można znaleźć oferty wynajęcia na tydzień apartamentu dla czterech osób już w granicach 400–450 euro. Co zniechęca do spędzania wypoczynku zimowego w polskich górach?
– Kolejki przy wyciągach, stosunkowo krótkie trasy zjazdowe i tłok na stokach – odpowiada Józef Ratajski. – Wciąż dopominamy się o przyjęcie tzw. ustawy śniegowej, czyli takich rozwiązań, jakie obowiązują w państwach zachodnich. Tam nie liczy się to, że ktoś jest właścicielem kawałka pola, tylko to, że w tym miejscu można stworzyć nartostradę, zbudować wyciąg. Wszystko dla turystyki. U nas na pierwszym miejscu jest prywata. We Włoszech i Austrii przyjęto, że gminy przejmują całe tereny pod turystykę zimową, płacąc właścicielom odszkodowanie. W interesie wszystkich jest przecież, by przyjechało jak najwięcej turystów, tętniły życiem restauracje, ośrodki. U nas tego systemu wciąż nie ma.
Na ustawie śniegowej skorzystałaby nie tylko gospodarka, ale i gminy, które dzięki większym wpływom mogłyby później korzystnie rozliczyć się z właścicielami gruntów. W sejmie nikt jednak nad nią nie pracuje.
W Austrii czy Włoszech kupujemy skipassy na 100 albo 200 wyciągów rozlokowanych na olbrzymim terenie. Do dyspozycji mamy wielokilometrowe trasy zjazdowe, a pomiędzy ośrodkami narciarskimi możemy przemieszczać się za darmo ski-busami.
– W Polsce trzeba kupić karnet prawie na każdy wyciąg osobno i odstać w kolejce. Nie mówiąc już o atrakcyjności tras, bo w końcu ile dni można zjeżdżać z jednej góry. Pozytywnym wyjątkiem jest Białka Tatrzańska, gdzie wprowadzono karty chipowe umożliwiające korzystanie z niemal wszystkich tamtejszych wyciągów. Ale to, niestety, odosobniony przykład – zwraca uwagę Józef Ratajski. – Brakuje ski-busów, umożliwiających szybkie przemieszczanie się pomiędzy wyciągami. To powinno być gwarantowane w cenie karnetów, podobnie jak we Włoszech czy Austrii.
Dla spragnionych ciepła – Kenia lub Goa
Polacy, którzy biorą urlopy w pierwszym kwartale roku dzielą się na dwie grupy. Pierwszą tworzą osoby, które uprawiają narciarstwo, kochają zimę i czekają przez cały rok, by poszaleć w górach na nartach lub snowboardzie. Druga grupa to ci, którzy za zimą nie przepadają i są w styczniu i lutym spragnieni słońca. Oni uciekają do ciepłych krajów. Oprócz tradycyjnie popularnych w tym okresie Egiptu i Tunezji pojawiły się nowe kierunki.
– W styczniu i lutym już od kilku lat odnotowujemy wzrost zainteresowania naszą ofertą. Największym powodzeniem cieszą się Wyspy Kanaryjskie, ale popularne są także kierunki egzotyczne: Kenia, Sri Lanka i Goa – informuje Aleksandra Kaźmierczak z biura Itaka. – Do Kenii proponujemy wyjazdy tygodniowe i dwutygodniowe. Cena za ośmiodniowy pobyt w hotelu trzyipółgwiazdkowym z dwoma posiłkami wynosi ok. 3900 zł.
Na Goa, do najsłynniejszego regionu turystycznego Indii, polecimy na 16 dni za ok. 4 tys. zł. Ale ci, którzy nie znoszą srogich mrozów i krótkich dni, mogą za dużo mniejsze pieniądze znaleźć się w tych rejonach świata, gdzie w lutym siedzi się na plaży, temperatury wynoszą 25–30 stopni, a słońce zachodzi dopiero po godzinie 19. Już za niecałe 1200 zł można polecieć na 8 dni do Tunezji do hotelu czteroipółgwiazdkowego. W cenie będziemy mieć zapewnione dwa posiłki dziennie oraz możliwość skorzystania z centrum SPA. Niesłabnącym zainteresowaniem cieszą się o tej porze roku Wyspy Kanaryjskie. Na tygodniowy pobyt na Gran Canarii w hotelu 3-gwiazdkowym trzeba wydać 1900 zł, ale za to w pakiecie all inclusive zyskamy trzy posiłki i darmowe napoje w ciągu dnia. Na Wyspach Kanaryjskich temperatury wahają się w lutym od 23 do 28 stopni. W poszukiwaniu lata można też polecieć na hiszpańską Teneryfę, gdzie temperatura także oscyluje w okolicach dwudziestukilku stopni (ceny w Neckermannie za 7-dniowy pobyt wynoszą 2200–2800 zł) lub do Maroka (za ok. 1800 zł za tydzień).
Rząd dociska
Zamiast wspierać rozwój turystyki w Polsce rząd woli nakładać wyższe opłaty, a to jeszcze w tym roku może skutkować podniesieniem cen wycieczek. Obecnie, zgodnie z rozporządzeniem ministra finansów z 2005 roku, każdy przedsiębiorca, który prowadzi działalność turystyczną, ma obowiązek zabezpieczyć się finansowo. Minimalna suma przy ubezpieczeniowej polisie lub gwarancji bankowej wynosi 6 proc. rocznych przychodów. Z tych pieniędzy, w razie upadłości firmy, opłaca się powrót turystów do kraju oraz refunduje poniesione przez nich koszty w przypadku niewywiązania się biura z przewidzianych umową usług. Rząd planuje drastyczne podwyższenie wysokości opłat.
– Proponuje się podniesienie wysokości minimalnej sumy gwarancji ubezpieczeniowej lub bankowej dla organizatorów turystyki do 12 proc. rocznych przychodów – zapowiadał w sejmie we wrześniu ówczesny minister sportu Mirosław Drzewiecki.
A to może doprowadzić do upadłości wielu firm turystycznych.
rozmowa z Józefem Ratajskim, wiceprezesem Polskiej Izby Turystyki
Za to zapłacą klienci
– Czego nam brakuje, by wygrać ze Słowakami rywalizację o polskich narciarzy?
– Przede wszystkim tzw. ustawy śniegowej. Mówimy o niej od 10 lat, ale rządzący nie chcą nas usłyszeć. Bez tego będziemy nadal przegrywać konkurencję z innymi. Chodzi o przyjęcie takich rozwiązań, jakie obowiązują w państwach zachodnich. W Austrii czy Włoszech gminy przejmują w sezonie całe tereny pod turystykę zimową. Wszystkim zależy na tym, by przyjechało jak najwięcej turystów, tętniły życiem restauracje i ośrodki. U nas tego systemu nie ma. W Polsce wciąż obowiązuje święta zasada: pan na zagrodzie równy wojewodzie. Właściciel wyciągu co roku musi podpisywać na nowych warunkach umowę dzierżawy. W Austrii też nartostrady przebiegają przez tereny prywatnych gospodarstw, a udało się dojść do kompromisu.
– Tylko czy jesteśmy w stanie zaoferować taką infrastrukturę narciarską jak Słowacy?
– Jedno z drugim się wiąże. Gdyby przyjęto ustawę śniegową, otwarto by nowe możliwości dla inwestycji. Dzisiaj one stoją w miejscu, bo trzeba się np. dogadywać z 20 właścicielami kawałka ziemi, którzy mają nieposkromione ambicje i żądania. Trzeba tę barierę w końcu przełamać, jeśli chcemy konkurować choćby ze Słowakami.
– Zamiast ustawą śniegową rząd zajął się podniesieniem opłat dla organizatorów turystyki. Czy zmiany dotkną także klientów?
– Te zmiany mogą poważnie zachwiać całym rynkiem jeszcze w tym roku. Rząd przewiduje podniesienie opłat za zezwolenie na prowadzenie działalności dla organizatorów turystyki. A to przełoży się na podwyżki cen ofert. Część prowadzących działalność turystyczną być może w ogóle wypadnie z rynku. Podwyżka opłat dotknie klientów, którzy będą musieli się liczyć z dość poważnym wzrostem cen wycieczek. Każdy przedsiębiorca w tej branży, by uzyskać zezwolenie, musi co roku zawrzeć polisę lub dostać gwarancję bankową o sumie ubezpieczenia wynoszącej 6 proc. obrotu z roku poprzedniego. Rząd planuje teraz drastycznie podnieść opłaty, uzasadniając to potrzebą uporządkowania sytuacji na rynku. To doprowadzi w wielu regionach do wyeliminowania nawet połowy firm. A jeszcze prawo ma zadziałać wstecz, bo od 1 stycznia 2010. Czyli jak dziś pan kupi wycieczkę na lipiec, to w czerwcu przyjdzie panu dopłacić.
– Ja będę musiał dopłacić czy organizator wycieczki?
– Organizator wycieczki będzie musiał się dodatkowo ubezpieczyć, czyli wykupić droższą polisę. A ustawa pozwala przy zmianie podatków i opłat na zmianę ceny wycieczki. I za to zapłacą klienci.
– Skąd drastyczne podwyżki opłat?
– Unia Europejska wskazała, że dotychczasowe przepisy nie gwarantują pełnego zabezpieczenia klientów w razie upadłości biura. Głośnym echem odbiła się w ubiegłym roku sprawa bankructwa biura Kopernik. My proponowaliśmy inne rozwiązania stosowane w Europie, np. utworzenie funduszu gwarancyjnego. Ale rząd te propozycje odrzucił. Uznał, że najłatwiej jest sięgnąć do kieszeni przedsiębiorców, a co za tym idzie klientów. |
|