Nr 19 (1126) 7 maja 2010

FELIETON

 
Delikatna sprawa
Wersja do druku Marek Jan Chodakiewicz


Rząd PO ma bardzo delikatną sprawę w swoich rękach. Tragiczna śmierć prezydenta dotyka zarówno spraw wewnętrznych jak i zagranicznych. Na zewnątrz chodzi głównie o stosunki z Rosją. Wstrzemięźliwe postępowanie wobec Moskwy w sprawie katastrofy smoleńskiej jest zgodne z polskim interesem narodowym. Nikt nie chce konfliktu z postsowiecją, chcielibyśmy handlować i odnosić się do Moskwy poprawnie. Naturalnie z wzajemnością. Zachód – czyli USA i Unia Europejska – również nie chce konfliktu z Federacją Rosyjską. Nie poparłby Polski w razie zaognienia stosunków na osi Warszawa–Moskwa. A gdyby doszło do czegokolwiek poważniejszego, sojusznicy ograniczyliby się do werbalnych deklaracji poparcia, może sankcji. Wątpliwe, aby – mimo zobowiązań natowskich – ruszyli na pomoc w razie wojny. Znów nikt nie chce umierać za Gdańsk. Taki jest układ sił. Pragmatyzm więc dyktuje wstrzemięźliwość.

Wstrzemięźliwość jednak to nie wtórowanie Kremlowi. To można odczytywać przecież jako wiernopoddańcze deklaracje. Po co z warszawskich sfer rządowych natychmiast wyleciał, jak bumerang, moskiewski kuplet propagandowy o rzekomej winie polskich pilotów? A po co pomagać Moskwie opowiastkami o rzekomej winie przymuszającego do lądowania pilotów prezydenta RP? Należało natychmiast narzucić własny scenariusz propagandowy w sprawie katastrofy (np. kłopoty techniczne) albo przynajmniej wstrzemięźliwie wstrzymać się z komentarzami, zaznaczając, że najpierw musi się odbyć śledztwo. Rząd jednak nie zna podstaw wojowania politycznego (political warfare), które są potrzebne w takich sytuacjach. Nie potrafi być wstrzemięźliwy z godnością, kreować faktów. Potrafi tylko małpować to, co idzie z Zachodu i Wschodu. Co najwyżej odruchowo reagować na zewnętrzne impulsy. Dostosowywać się bezmyślnie do dyskursu potęg ościennych.
Podkreślmy, alternatywny w stosunku do moskiewskiego scenariusz wydarzeń powinien był wyjść automatycznie z Warszawy do wszystkich agencji prasowych. Co więcej, polska wersja powinna zaistnieć przed jakąkolwiek reakcją starych wyjadaczy Kremla. To są podstawy profesjonalizmu w polityce. Tego nie było.

Po części ma to związek z żenującym poziomem intelektualnym elit postpeerelowskich. Po części z indolencją i brakiem przygotowania urzędników państwowych do zawiadywania kryzysem. Postniewolnicy klatki komunistycznej nie mają pojęcia o takich sprawach bez względu na orientację polityczną. Po części jednak brak aktywności (pro-active) ze strony rządu wynika z wrogiego stosunku PO do śp. prezydenta i jego ideowego otoczenia. I tutaj sprawy wewnętrzne Polski zazębiają się ze sprawami międzynarodowymi.

Każde niemal państwo działa zgodnie ze swoim interesem narodowym. Co więcej, w większości państw podstawy interesów narodowych rozumiane są tak samo przez rządzących, jak przez koalicję. Istnieje zgoda narodowa co do takich rzeczy jak suwerenność i wszelkie jej objawy, w tym reprezentujących ją instytucji. Jednym z podstawowych wymogów działań zgodnie z interesem narodowym jest więc ochrona instytucji państwowych oraz osób z nimi związanych. Dotyczy to szczególnie prezydenta, który jest najwyżej postawioną osobą w państwie. Jest wręcz jego symbolem. Na dodatek w systemach demokratycznych emanacją woli ludu, legitymizującą system. I nie ma tu znaczenia, czy w danym kraju funkcjonuje system prezydencki, czy mieszany, jak w RP. W razie jakiejkolwiek tragedii, która dotyka prezydenta, a szczególnie w razie jego śmierci, żaden poważny, demokratyczny rząd nie może sobie pozwolić na to, aby – wewnątrz czy na zewnątrz – powstało wrażenie, że nie traktuje tej sprawy priorytetowo.

A rząd Donalda Tuska takie wrażenie sprawia. I nie chodzi tu o partyjniackie zarzuty formułowane w kraju. Tych należy się spodziewać – chociaż miałyby dużo mniej wiarygodności, gdyby osoby odpowiedzialne za bezpieczeństwo prezydenta zostały natychmiast odwołane (chociażby minister obrony czy szef BOR). Ale zarzuty opozycji wzmacnia również to, że trudno doszukać się po oficjalnej stronie polskiej wstrzemięźliwych, trudnych pytań. Rząd PO nie zastrzegł się z góry, że będzie oficjalne śledztwo, śledztwo, które rozpatrzy wszelkie możliwe warianty, nie wykluczając niczego, nawet zamachu. Nie można też z góry wykluczać sprawców: nawet Marsjan.

Ponadto nie słychać jakoś, by rząd Tuska wystąpił do rządów sojuszniczych o materiały czy pomoc w śledztwie. Możliwe, choć z dostępnych nam danych to nie wynika, że czynione są takie starania zakulisowo, chociażby w USA. A można spytać przecież Amerykanów o informacje pochodzące z wywiadu fotograficznego czy wizerunkowego (kamery dalekosiężne, samoloty szpiegowskie i satelity); a po drugie z wywiadu sygnałowego (signals intelligence czy Sigint – przechwycone fale radiowe). Chodzi tu o materiały z podsłuchów, wywiadu telemetrycznego oraz wywiadu elektronicznego, który zajmuje się odczytywaniem pulsów elektromagnetycznych (np. szerokości czy zasięgu pasma radarowego). Są to kopalnie potencjalnych informacji na temat katastrofy smoleńskiej. Im szybciej się o nie wystąpi tym lepiej. Źródła ulegają zniszczeniu bądź znikają.

Nawet zwykła konsultacja z niepostsowieckimi i niepostpeerelowskimi ekspertami może pomóc. Na przykład pojawiła się informacja, że nad Smoleńskiem krążył IL-76 wyposażony jako AWACS. Eugene Poteat, inżynier, oficer i były szef nowych technologii w CIA, weteran tej instytucji z czterdziestoletnim stażem, powiedział specjalnie dla „Tygodnika Solidarność”: „IL-76 AWACS nie ma aktywnej broni na pokładzie. Jego zadanie to wyłapać i namierzyć powietrzne jednostki wroga. Nie jest nic dziwnego, że mógł być obecny nieopodal lotniska wojskowego. Jednak trzeba pamiętać, że AWACS jest przygotowany też do wojowania elektronicznego. Ma zdolność zagłuszania sygnałów radiowych i nawigacyjnych”. Co to wszystko znaczy? Nie można ufać gangsterom – odpowiada profesor Poteat. Zgadza się z tym J. Michael Waller, ekspert m.in. od propagandy i kontrpropagandy. Podkreśla, że „dla celu obrony Polski i dla bezpieczeństwa NATO musimy przypuszczać, że rząd rosyjski odgrywał jakąś rolę w tej katastrofie”.

Inny oficer amerykańskich służb specjalnych nadmienia, że istnieje pewien protokół, według którego postępują służby gości i gospodarzy w przypadku wizyty na najwyższym szczeblu. Przebieg całego lotu i wszystkich z nim związanych spraw na pewno obserwowała Moskwa, a powinny też i służby warszawskie. Muszą być zapisy tych operacji. Jeśli Polacy tego nie robili, trzeba natychmiast zwolnić całe szefostwo z pracy i utworzyć nową służbę w całości wyszkoloną w USA. I trzeba zwrócić się do Rosjan o materiały operacyjne z zabezpieczania lotu prezydenta RP. Ale żeby to wszystko mogło się stać, rząd w Warszawie musi być polski, a nie PO-lski. Pytanie: czy Tusk potrafi wzbić się ponad partyjniactwo?


Napisz do autora