Tygodnik Solidarność Nr 15 (1122) 9 kwietnia 2010

 
Wydrukuj artykuł
Wydrukuj
FELIETON

 
Narkowojna tu i tam Marek Jan Chodakiewicz

Niedawno żartowałem sobie z grupą młodych ludzi z San Diego na temat wypraw do Tijuany, rzut beretem po drugiej stronie granicy. W czasach mojej młodości (lata 80.) robiło się to nagminnie – były tam rozmaite rozrywki i tani alkohol, który serwowano bez względu na wiek zamawiającego. Można było pojechać dalej na Baja i poszaleć specjalnymi samochodami (dune buggie) po wydmach i piasku na plaży. Ale małolaty z San Diego ze smutkiem stwierdziły, że mają zakaz wyjazdu do Tijuany. Wszyscy się boją, bo teraz w Meksyku jest „Meksyk.” Dlaczego? W styczniu 2007 r. prezydent Meksyku oficjalnie wydał wojnę kartelom narkotykowym. Od tego czasu zginęło w tej walce więcej ludzi niż siły zbrojne USA straciły w Iraku – tylko do grudnia 2008 zabito 6836 osób. Ostatnio oddział komandosów szturmował gniazdo narcopistoleros. Zabito jednego z czołowych bandytów i gromadę jego towarzyszy. Strona rządowa też miała straty. Niestety, idiotycznie podano do publicznej wiadomości nazwisko jednego z poległych komandosów i uhonorowano go pogrzebem państwowym. Następnego dnia kolesie wybitych gangsterów wpadli do domu poległego i zamordowali jego siostrę i matkę.

W wielu rejonach Meksyku rządzi bezprawie. Porwania i wymuszania są nagminne. Obywatele organizują samoobronę, porywają i mordują porywaczy i morderców. Przynajmniej w jednym wypadku przekształciło się to w kartel narkotykowy – broniąc siebie i swoje rodziny przed zalewem narkotyków i przemocą oddział samoobrony obywatelskiej wyeliminował konkurencję. Teraz ich okolice są spokojne, a oni wzięli handel i przemoc w swoje ręce. Działają z dala od domu.

W wielu miastach i miasteczkach Meksyku funkcję policji przejęło wojsko. Uspokoiło to do pewnego stopnia sytuację. Po pierwsze policja czuje się bezpieczna. Po drugie wojsko jest bardziej brutalne i w związku z tym bandziory czują większy respekt. Po trzecie wojsko zwykle nie bierze łapówek od mafii narkotykowej. Naturalnie zdarzają się wyjątki. Najbardziej głośny to przypadek komandosów z elitarnej grupy „Zetas.” Cały oddział poczuł się niedowartościowany i źle opłacany, więc przeszedł na stronę jednego z najpotężniejszych karteli. To tak jakby „Grom” poszedł na usługi Pruszkowa.

Ale „Meksyk” nie zostaje w Meksyku. Przelewa się do USA. Jak podał Shaun Waterman, redaktor odpowiedzialny za sprawy bezpieczeństwa narodowego w agencji UPI, kartele narkotykowe operują w co najmniej w 230 amerykańskich miastach. Dlaczego? W Ameryce jest straszliwy, ciągły popyt na wszelkiego rodzaju prochy. Gangi narcotraficantes przerzucają narkotyki w rozmaity sposób przez granicę: szybkimi samochodami, samolotami, podziemnymi tunelami. Najpopularniejszy chyba sposób to za pomocą tzw. mułów, czyli kandydatów na nielegalnych emigrantów. Ci nie mają wiele do powiedzenia. Tzw. coyotes (kojoty) czy polleros, czyli formalnie przewodnicy, a w rzeczywistości często handlarze żywym towarem, dają im paczki na grzbiet i karzą przenosić. Oprócz narkotyków szmugluje się bowiem ludzi. Wielu z nich potem odpracowuje koszty podróży i przerzutu jako niewolnicy – w przemyśle budowlanym, rolnictwie czy prostytucji.

W USA meksykańskie gangi działają na największą skalę w Buffalo w stanie Nowy Jork, w San Diego, w Seattle w stanie Waszyngton, w Anchorage w stanie Alaska oraz w Minneapolis. Atlanta w stanie Georgia to centrum dystrybucyjne. Głównie chodzi o kokainę, którą rozwozi się ciężarówkami na północ i wschód autostradami I-95 i I-85. Z kolei na południe kraju podążają ciężarówki wypełnione ukrytymi w podwójnych dnach pieniędzmi.

Natomiast w Phoenix jest najwięcej porwań. Zdarzyło się nawet, że bojówka narcotrafikantes przebranych za antyterrorystów, w pancerzach i kominiarkach, uzbrojona po zęby, przypuściła szturm na prywatny dom na cichym przedmieściu Phoenix. Okazało się, że to był zły adres. Bandziory szukały konkurencji, ale pomyliły domy. Na szczęście nie zdecydowali się wyrżnąć świadków, zostawili ich przy życiu, a sami zniknęli. Stąd wiemy o tym, zwykle bowiem ofiary nie zawiadamiają policji.

Porywani są niekiedy członkowie rodzin szefów karteli narkotykowych, legalnie mieszkający w USA. Takie porwania miały miejsce m.in. w Kalifornii i Teksasie. Ofiary zabierano do Meksyku, gdzie odbierano też okup. Ale najczęściej porywani są nielegalni emigranci, po przekroczeniu granicy amerykańskiej. Część staje się niewolnikami. Reszta, „kojoty”, umieszczana jest w opuszczonych domach-więzieniach i przetrzymywana, dopóki ich rodziny nie zapłacą okupu. Naturalnie prawie nikt nie powiadamia o przestępstwie policji, bo ofiarami są nielegalni emigranci.

To wszystko nakłada się na amerykańską debatę o nielegalnej emigracji, o dziurawej południowej granicy USA oraz o terroryzmie.

Historyk wojskowości Martin van Creveld ostrzegał prawie 20 lat temu: „W przyszłości, nie będą walczyć między sobą armie, a raczej grupy, które my dziś nazywamy terrorystami, partyzantami, bandytami i rabusiami, którzy wynajdą sobie jakieś oficjalne nazwy” („The Transformation of War”, 1991). Bo przecież gangsterom nie chodzi tylko o pieniądze. Jak już zalegalizują zyski, to będą chcieli ustatkować się i sięgnąć po władzę. Wpływ na nią już mają, korumpując lokalnych polityków. Również w USA.