| Nr 11 (1118) 12 marca 2010 | |
|
|
|
| FELIETON |
| Taniec wokół sofy | Marek Jan Chodakiewicz |
U mowa o pobycie wojsk SOFA (Status of Forces Agreement) reguluje prawne i techniczne zagadnienia związane z pobytem wojsk amerykańskich na terytorium obcego kraju. Dotyczy to też Polski, gdzie pojawić się ma malusieńka grupka obsługi broni rakietowej USA. Będą stacjonować w Morągu. Niektórzy się irytowali – trzeba jak najszybciej ściągnąć nad Wisłę Amerykanów, formalności, jakaś SOFA jest nieistotna. Podnosiły się też głosy o braku kompetencji, bowiem negocjacje były bardzo powolne. Ale to niekoniecznie odzwierciedlało brak profesjonalizmu polskiej strony rządowej. Wprost przeciwnie. Po pierwsze negocjacje przedłużały się, bowiem nastąpiła zmiana ekipy w Białym Domu. Po drugie Amerykanie chcieli jak najwięcej wytargować dla siebie, Polacy tak samo. Nie przesądza to naturalnie, czy strona polska była merytorycznie przygotowana. Ale przynajmniej sugeruje, że Polacy zaczynają uprawiać politykę według ogólnie przyjętych wzorców – mianowicie dbać o swoje interesy (a nie tak, jak uczynili postkomunistyczni „profesjonaliści” przy okazji wojny w Iraku). Powtarzam, nie mam pojęcia, czy negocjatorzy polscy byli profesjonalni i wiedzieli, o co się wykłócać. Może była to bufonada. A może nie. Dla Polaków było to bardzo ważne ćwiczenie również w sensie psychologicznym. Naturalnie Polska jest petentem w tym układzie. Ale przedłużanie negocjacji jest również sygnałem o swojej własnej wartości: „Nie sprzedamy się tanio Amerykanom” albo „Niech to Amerykanie o nas zabiegają”. Jest to irytujące dla USA, ale lepiej, że Waszyngton się przyzwyczaja, że Warszawa nie będzie stale sojusznikowi nadskakiwać. Te negocjacje były chyba najważniejsze z punktu widzenia suwerenności RP. Wiem, wiem, już się eurosceptycy śmieją ze mnie: to prawda, że Polska formalnie straciła niepodległość po podporządkowaniu się tej ponadnarodowej strukturze. Ale zwróćmy uwagę, że o bazach na terenie RP Waszyngton negocjował z Warszawą, nie z Brukselą. To bardzo ważne. Trudno jednak zgadnąć, na ile przepychanki wokół SOFA były jej świadomym odbiciem. Nie wiadomo też, czy RP ma jakąkolwiek „grand strategy” – długofalową wizję bezpieczeństwa i rozwoju kraju. Nie mówię o gniotach prezentowanych drewnianym głosem w ociekających polityczną poprawnością parlamencie i mediach. Mówię o wizji przyszłości, celu, do którego trzeba podążać i środków, które Polaków tam zaprowadzą. SOFA to mały kroczek. W każdym razie jest przecież co z Amerykanami ustalać. I tu chodzi nie tylko o bezpieczeństwo Polski (co jest najważniejsze), ale również o sprawy przyziemne. Najbardziej przykrym aspektem pobytu jakichkolwiek wojsk na terenie suwerennego kraju są konflikty żołnierzy z ludnością lokalną. Po pierwsze w każdej zbiorowości są jednostki patologiczne. Po drugie media takie incydenty rozdmuchują. Po trzecie podchwytują to w mig politycy, którzy – z rozmaitych powodów, a w tym i agenturalnych – sprzeciwiają się pozostawaniu wojsk amerykańskich w danym kraju. Może to prowadzić do poważnych kłopotów, a w krytycznym momencie nawet do poważnych zmian w opinii publicznej na temat sojuszu z USA. Tego konsekwencje mogą być groźne. Mniej więcej dwadzieścia lat temu, w Niemczech rozwydrzone amerykańskie nastolatki – dzieci wojskowych – zabawiały się zrzucaniem z wiaduktów odłamków betonu na przejeżdżające autostradą samochody. Udało im się zabić człowieka. Byłem wtedy w bazie lotnictwa USA we Frankfurcie i obserwowałem próby ukrycia tego przez niektóre osoby z rodziny i biurokracji wojskowej, śledztwo amerykańskie, dochodzenia władz niemieckich oraz cyrk medialny. Domagano się nie tylko wydania winnych. Lewacy oczywiście żądali usunięcia baz. No bo Sowieci wychodzili przecież w tym czasie. Gdyby nie SOFA, byłoby dużo gorzej. Podobnie jest w Japonii. Na wyspie Okinawa od czasu do czasu ofiarą gwałtów padają nieletnie dziewczynki a bandziorami okazują się również żołnierze piechoty morskiej (Marines). Miejscowi demonstrowali, domagali się usunięcia baz. W tej chwili starają się ten kotlet odgrzać nowe władze w Tokio. Na to wszystko trzeba być przygotowanym. SOFA pomaga. Naturalnie wypadałoby też być przygotowanym na inne rzeczy. Warto wielostronnie zbadać, na jakich warunkach amerykańskie bazy funkcjonują w innych częściach świata, nieważne w jak egzotycznych plenerach rzecz się dzieje i jaki jest kontekst wewnętrzny czy zagraniczny. Weźmy na przykład sprawę bazy Manas pod Biszkek w Kirgistanie. Jest ona niemal kluczem do Afganistanu z punktu widzenia logistyki i taktyki lotniczej. Przez nią przechodzili wszyscy amerykańscy żołnierze oraz 60 proc. ładunków przeznaczonych do tego teatru walk. W lutym 2009 kirgiski parlament zagłosował za zamknięciem Manas. Post-Sowieci rosyjscy obiecali post-Sowietom kirgiskim pomoc w wysokości 150 milionów dolarów, a oprócz tego anulowanie długów za 180 milionów i kolejną pożyczkę w wysokości 2,3 miliarda (ale w postsowieckim sprzęcie). Tymczasem w czerwcu 2009 r. Amerykanie zgodzili się potroić opłaty za wynajem bazy: 60 milionów dolarów na rok. Baza jest. I warto zawsze być czujnym na możliwości zacieśnienia współpracy, a szczególnie zwabienia amerykańskich instytucji rządowych do Polski. Kilka dni temu Office of Naval Research (Biuro Badań nad Marynarką Wojenną – ONR, które podlega Ministerstwu Marynarki Wojennej i zajmuje się wymianą naukową i technologiczną) ustanowiło swoją placówkę w stolicy Czech. Jest to bardzo wartościowa placówka. A można było przecież wrzucić ONR do Gdańska, Krakowa, Białegostoku, Szczecina czy Poznania. Biura ONR funkcjonują w Waszyngtonie, Londynie, Tokio, Singapurze i chilijskim Santiago. Teraz też w Czechach, które się wokół tego odpowiednio zakręciły – jak przystało na kraj o wielkiej tradycji morskiej. |