| Nr 27 (1083) 3 lipca 2009 | |
|
|
|
| KRAJ |
| Elity zdradziły |
|
– Niewiele było myślenia w kategoriach wspólnotowych w tym dwudziestoleciu. Gdzieś utraciliśmy busolę podstawowych wartości. Skoro dwukrotnie wybraliśmy w demokratycznych wyborach postkomunistów, a przez 10 lat aparatczyk partyjny był prezydentem wolnej Polski, świadczy to o straszliwym zaburzeniu aksjologicznym – ocenia profesor Piotr Gliński, socjolog z Polskiej Akademii Nauk w rozmowie z Krzysztofem Świątkiem |
– Środowiska neoliberalne i postkomunistyczne zdominowały w tym dwudziestoleciu sferę polityki, biznesu i mediów. Think tanki o innej opcji sytuują się dziś na marginesie głównego nurtu. Często są to środowiska hybrydowe, które ciągle muszą się odradzać. Dlaczego tak się stało? – Niewątpliwie polskie przemiany, skrótowo rzecz ujmując, opierają się na kulcie pieniądza. Polska świadomość, jak zauważyli socjologowie już u progu przemian, szybko się zmaterializowała. Stąd wszystkie inicjatywy związane z pieniędzmi łatwiej się wybijały i opanowywały dyskurs publiczny. Zaczął także dominować patologiczny indywidualizm jako kult cwaniactwa polegający na realizacji jedynie własnych interesów i celów życiowych za pomocą wykorzystywania wszelkich okazji i osób przy niezwykle rozciągliwych normach moralnych. Postawa tego typu dezawuuje działania na rzecz dobra ogółu. Dominują normy wykorzystywania frajerów. Niestety, także polska inteligencja okazała się zagubioną, pokiereszowaną aksjologicznie grupą. Zaczął cechować ją skrajny indywidualizm i ekskluzywność. A cechą prawdziwego inteligenta był zawsze solidaryzm, poczucie misji wobec społeczeństwa i twarde zasady w życiu prywatnym. Ten etos, jak mawiał prof. Włodzimierz Bojarski, zniszczyli Hitler i Stalin, a później dołożyli się kolejni towarzysze. Dziś inteligent zbyt często przyjmuje postawę sobka inwestującego głównie w siebie. Choć bywał do tego zmuszany, bo żył w systemie, który nie promował zachowań prospołecznych. Dziedzictwem postkomunistycznym jest demoralizacja i dewaluacja idei społecznikostwa. A jednocześnie przetrwał np. syndrom „dobrego towarzystwa”, swoistej ekskluzywności – my jesteśmy lepsi, mądrzejsi. Przez lata polskie elity wielokrotnie powtarzały, że „społeczeństwo nie dorosło”. – Ile było myślenia w kategoriach wspólnotowych w życiu społecznym i politycznym w tym dwudziestoleciu? – Niewiele. Gdzieś utraciliśmy busolę podstawowych wartości: solidaryzmu, poczucia wspólnoty. Skoro dwukrotnie wybraliśmy w demokratycznych wyborach do władzy postkomunistów, a przez 10 lat aparatczyk partyjny był prezydentem wolnej Polski, świadczy to o straszliwym zaburzeniu aksjologicznym. Panowały nawet mody na zupełne odrzucanie solidaryzmu, że to passe albo coś prymitywnego. Dlaczego nie mogliśmy powrócić do idei przedwojennej spółdzielczości czy nawiązać do zachodniego komunitaryzmu, łączącego liberalizm z myśleniem wspólnotowym? U nas forsowano raczej liberalizm w jego prymitywnej formie. Pewnie w tym wszystkim nie bez racji są także ci, którzy uważają, że tak marnie poszło dlatego, że doszło do niejawnych działań określonych służb, które wpływały na sposób myślenia polskich elit i społeczeństwa. Dopuszczam taką ewentualność, bo pewne zjawiska z tej sfery łatwo inspirować. – Mówi Pan o zdradzie elit. – Tak, dlatego, że już w latach 70. mówiono o społeczeństwie obywatelskim – choć tego terminu, jak zauważył Jerzy Szacki, jeszcze wtedy nie używano – jako jednym z podstawowych celów walki opozycyjnej, walki o wolną Polskę. Kiedy opcja lewicy laickiej przechodziła do koncepcji opozycji jawnej, poza partią, Adam Michnik sformułował tezę o tzw. nowym ewolucjonizmie. Polegał on na budowie różnych oddolnych instytucji obywatelskich, częściowo jawnych, jak KOR czy ROPCiO. Chodziło o zachęcanie społeczeństwa do samoorganizacji. To była namiastka opozycyjnego, budowanego oddolnie społeczeństwa obywatelskiego. Kiedy Jacek Kuroń nawoływał do budowania, a nie palenia komitetów, to miał na myśli takie właśnie, obywatelskie inicjatywy. Drugim ważnym momentem było sformułowanie programu Samorządnej Rzeczypospolitej, przyjętego na I zjeździe Solidarności, stanowiącego wyraz dążeń, podstawowych marzeń ruchu narodowego zjednoczonego w Solidarności. Wydawało się, że będzie on obowiązywać także po roku 1989. Samorządna Rzeczpospolita zakładała budowę oddolnych, obywatelskich struktur w życiu społeczno-gospodarczym. Drugim istotnym elementem tego programu, o którym później zapomniano – dlatego mogę mówić tu także o zdradzie elit – była kwestia rozliczeń. Ten program radykalnie stawiał problem zamknięcia, bilansu poprzedniego systemu. Bez rozliczeń winnych nie można budować nowej wspólnoty politycznej. Ona musi być zbudowana na zasadach sprawiedliwości społecznej. Żaden z tych dwóch punktów programu Samorządnej Rzeczypospolitej nie został w pełni zrealizowany. Elity wywodzące się z Solidarności nie zbudowały silnego społeczeństwa obywatelskiego i nie rozliczyły PRL-u. – Stawia Pan ostrą tezę: elity w Polsce są niechętne idei społeczeństwa obywatelskiego. Jakie elity i czy ma Pan na to dowody? – Mam na myśli elity polityczne, ale także intelektualne, kulturalne, medialne. Jeśli chodzi o ich polityczną afiliację to w zasadzie, w ciągu tych 20 lat, praktycznie wszystkie strony sceny politycznej okazały się niechętne budowaniu instytucji społeczeństwa obywatelskiego. Możemy także mówić o grupach interesów niechętnych tej idei: neoliberalnej, postkomunistycznej, także etatystycznej, czyli zwolennikach silnego państwa kontrolującego wiele obszarów życia społecznego. Podstawowym dowodem na prawdziwość tej tezy, którą sformułowaliśmy w naszym instytucie już w połowie lat 90., były przede wszystkim wyniki jakościowych badań polskiego sektora pozarządowego. Głównym problemem w działalności tego sektora była walka z władzą (zarówno centralną, jak i lokalną) o cywilizowane warunki dla jego funkcjonowania. I prawie wszystko, co zrobiono w tej dziedzinie pozytywnego przez ostatnie 20 lat, zawdzięczamy oddolnym inicjatywom działaczy obywatelskich i szeroko rozumianej pomocy zagranicznej. Polskie elity nie były tu czynnikiem sprawczym. O społeczeństwie obywatelskim mówiły tylko od czasu do czasu – głównie w trakcie kampanii wyborczych. Dwie podstawowe regulacje dotyczące organizacji pozarządowych pochodzą jeszcze z lat 80, a nowa ustawa o działalności pożytku publicznego powstała dopiero w roku 2003. W polskich mediach nigdy nie odbyła się żadna poważna debata na temat stanu polskiego społeczeństwa obywatelskiego. Co tydzień mamy jakąś wielką, „ważną” kwestię medialną, pan Palikot coś pokazuje, natomiast unika się debat na tematy poważne i zasadnicze dla rozwoju Polski. Media publiczne omijają temat społeczeństwa obywatelskiego od 20 lat, choć organizacje obywatelskie mają formalnie prawo dostępu do nich jako organizacje pożytku publicznego. Gdy analizujemy programy partii politycznych, to bardzo rzadko można w nich znaleźć pewne odwołania do kwestii obywatelskich. W latach 90. wyjątkiem był tu program Unii Wolności, ale za tym nie poszła realizacja. – Unia Wolności miała na sztandarach hasła rozwoju społeczeństwa obywatelskiego, a Pan ją krytykuje. – Przez jakiś czas należałem nawet do tej partii. Jej program nie został jednak przełożony na faktyczną pomoc dla tworzenia warunków rozwoju instytucji społeczeństwa obywatelskiego. Pierwszy państwowy fundusz inicjatyw obywatelskich powstał dopiero w 2005 roku, czyli 16 lat po rozpoczęciu transformacji. Dziś dysponuje 60 mln zł i jest to niewielka kwota w porównaniu do potrzeb 38-milionowego kraju. Gdy spojrzymy na funkcjonowanie administracji centralnej, to zawsze kiepsko było tam z przejrzystością procedur dostępu do środków publicznych przeznaczonych na budowę instytucji społeczeństwa obywatelskiego. Jakoś tak zawsze jest, że urzędnicy i politycy wolą te pieniądze bezpośrednio kontrolować. Także samorządy wolą często powoływać własne organizacje pozarządowe i z nimi współpracować, niż realnie podzielić się władzą i publicznymi funduszami z niezależnymi od nich przedstawicielami mandatu obywatelskiego. – Wskazuje Pan, że brak kontroli ze strony instytucji społeczeństwa obywatelskiego nad sferami biznesu i polityki jest dla elit wygodny. Szczególnie dla polityków, którzy mogą kręcić lody, odstawiając teatrzyk polityczny, np. z awanturą o samolot. Wtedy podstawowe kwestie społeczne zostają gdzieś pod powierzchnią. – To umożliwia przechodzenie polityki w sferę propagandy, czy – jak to się dziś mówi – PR-u. W demokracji medialnej, nie kontrolowanej przez obywateli, realna polityka zanika. Na pewno na zjawiska, o których rozmawiamy, wpłynęła nasza przeszłość: fizyczne zniszczenie autentycznych elit społeczeństwa. Pięćdziesiąt lat komunizmu wywołało proces powstawania pseudoelit. Po wojnie przecież tworzono nowego inteligenta na zapotrzebowanie polityczne. To wszystko spowodowało, że kryzys obywatelski w Polsce był w jakimś sensie nieunikniony. – Jakie organizacje społeczeństwa obywatelskiego powinny być w Polsce silniejsze, by kontrolować sfery biznesu i polityki? W jaki sposób mogłyby to robić? – Powinny działać wyspecjalizowane instytucje kontrolujące sektory gospodarki i życia politycznego, tzw. watchdogi, czyli organizacje strażnicze. Mając dostęp do propozycji rządowych i analiz ekonomicznych, mogłyby je recenzować. To samo powinno odbywać się w skali lokalnej. Najlepszym kontrolerem władzy lokalnej są mieszkańcy, którzy tworzą jakieś organizacje. Pojedynczemu obywatelowi ciężko to robić, zresztą szybko może narazić się na opinię pieniacza. Finansowana niezależnie organizacja wyraża głos obywatelski, a jednocześnie ma z ludźmi bezpośredni kontakt i jest najlepszym strażnikiem wartości publicznych w sferze lokalnej. Watchdogi powinny być z kolei wspierane think tankami, czyli niezależnymi organizacjami eksperckimi. W Polsce są one bardzo słabe. Ale silne społeczeństwo obywatelskie to także wspólnoty kościelne czy media publiczne. Niestety, u nas są to media do dyspozycji kolejnych ekip władzy. Z kolei samorząd często opanowany jest przez rozmaite grupy interesów. Większy wpływ na życie obywatelskie powinny mieć także instytucje, które są na pograniczu tej sfery, jak związki zawodowe. – Kryzys społeczeństwa obywatelskiego w Polsce ma, Pana zdaniem, także podłoże światopoglądowe. Barierą stał się konsumpcjonizm i amoralny indywidualizm. Czy liczne wspólnoty religijne, do których garną się ludzie młodzi, nie są jedynymi liczącymi się ruchami kontrkulturowymi? – To dobre pytanie. Bo w Polsce występuje kryzys ruchów społecznych, także młodzieżowych. Teza zawarta w pytaniu jest słuszna. Wspólnoty religijne są najmniej docenianymi ruchami, słabo obecnymi w debacie publicznej. Szacuje się, że ok. 10 proc. parafian jest zaangażowanych w jakąś formę aktywności społecznej, także pozareligijnej. Badania socjologiczne dowodzą, że dojrzałe formy praktykowania religijnego są pozytywnie związane z zaangażowaniem obywatelskim. – Think tanki funkcjonują na zachodzie przy partiach politycznych. Jak widziałby Pan ich finansowanie w Polsce? – Na Zachodzie jest różnie. W Niemczech rzeczywiście największe think tanki działają przy partiach politycznych i mają dostęp, podobnie jak partie, do olbrzymich pieniędzy publicznych. Są zobowiązane do działania także poza granicami Niemiec, dlatego biura think tanków niemieckich są w Polsce. W Ameryce mamy do czynienia z olbrzymimi instytutami non-profit, które mogą korzystać ze zwolnień podatkowych, ale przy zakazie jakichkolwiek afiliacji politycznych. Na ogół są to instytucje finansowane prywatnie. W Polsce najlepszy byłby system mieszany. Think tanki wyłącznie polityczne wzmacniałyby i tak stosunkowo silny sektor partyjny. Choć istotną blokadą pozostaje niski na ogół poziom życia. W USA niektóre organizacje utrzymują się ze składek członków. Część ludzi nie działa w nich aktywnie, a jedynie przekazuje czek, mając spokojne sumienie, że profesjonaliści zrobią coś w jego imieniu na rzecz dobra wspólnego. Jestem zwolennikiem szerszego dostępu polskich organizacji obywatelskich do środków publicznych. Tyle że z tym musi być związana jawna i przejrzysta procedura dostępu. A tym nie są jakoś zainteresowani dysponenci funduszy publicznych. Jeśli nie ma filtrów oddzielających dysponenta pieniędzy od klienta, czyli organizacji, to dochodzi do wzajemnego uzależnienia (klientelizmu), a wtedy trudno o odpowiednią kontrolę. – Wskazuje Pan na słabość upartyjnionego samorządu terytorialnego. Ale jak przychodzi do wyborów, to Polacy nie chcą głosować na kandydatów niepartyjnych, nawet jeśli reprezentują znane lokalne inicjatywy. – Trudno powiedzieć, czego Polacy generalnie chcą. Psychologia zachowań wyborczych jest skomplikowana. Niewątpliwie wiele osób głosuje nieświadomie, opierając się na dziwnych przesłankach, nie pogłębionej wiedzy. Badacze od dawna wskazują, że w Polsce szczególnie duża jest grupa osób o niesprecyzowanych i chwiejnych preferencjach wyborczych. Nie można mieć o to pretensji, szczególnie w tak pokiereszowanej demokracji jak nasza. Znany jest syndrom głosującego na takiego kandydata, którego mniej więcej zna i często słyszy. A więcej wie i częściej słyszy o dużych partiach. Dlaczego powtarza się zjawisko głosowania na osoby, które mają to samo nazwisko jak inne znane osoby? To niestety potwierdzenie tego, że ludzie często głosują w sytuacji całkowitej dezorientacji. Jeżeli jakiś Kwaśniewski czy Marcinkiewicz zyskują duże poparcie, świadczy to o tym, że wielu Polaków głosuje automatycznie na coś znanego. A znane są większe partie. Jest to zresztą przyczynek do niskiego poziomu świadomości obywatelskiej Polaków, wynikającego także z braku systemu powszechnej, obowiązkowej edukacji obywatelskiej. – Przynależność Polaków do organizacji pozarządowych o charakterze stricte obywatelskim szacuje Pan na 10–12 proc., najmniej spośród wszystkich badanych w roku 2002 państw europejskich. Ale może należy popatrzeć na te dane z optymizmem, bo praktyka pokazuje, że w działalność różnego rodzaju stowarzyszeń angażują się głównie ci, którzy zostali przez państwo poszkodowani i nie dostali oczekiwanej pomocy, a w końcu nie jest ich aż tak wielu? – To teza przewrotna. Myślę, że większość ludzi wykluczonych w nic się nie angażuje. – Mam na myśli np. stowarzyszenia poszkodowanych pacjentów, skrzywdzonych wyrokami sądowymi. – Takie funkcjonują, choć nie stanowią większości. Ale to naturalny, zdrowy odruch społeczeństwa, które próbuje instytucjonalnie bronić się wobec straszliwej niesprawności instytucji w Polsce. Także z tego powodu ten sektor jest tak ważny. |