Takich przyjaźni jak ta, między Maciejem i Andrzejem, jest niewiele. Dzieli ich w zasadzie wszystko: wiek, pochodzenie, wykształcenie, status materialny, łączą: wspólne wartości i historia. Spotkali się wiosną 1982 roku. Ich przyjaźń trwa do dziś.
- Jesteśmy zupełnie inni - mówi Górski. - Ja zawsze byłem nerwus. Maciek to siła spokoju. Zawsze jesteśmy w stanie się dogadać. Uzupełniamy się.
Młode wilki
Andrzej Górski jest synem listonosza. Wychowywał się na jednym z żoliborskich osiedli, wśród zbirów i meneli. Natomiast Maciej Radziwiłł, potomek litewskiego rodu magnackiego, dorastał z dziećmi arystokracji znienawidzonej przez reżim. Obaj związali się z podziemną Niezależną Oficyną Wydawniczą NOWa.
Andrzej jest starszy od Macieja o dziesięć lat. Pierwszą osobą z opozycji, z jaką się zetknął był Sławomir Kretkowski - kolega z Żoliborza. To od niego Andrzej dostawał bibułę i ulotki, które roznosił i zostawiał w różnych miejscach, aby dotarły do ludzi. Miał siedemnaście lat. Uderzenie milicyjnej pałki po raz pierwszy poczuł w '68 roku. Usłyszał, że coś dzieje się na Krakowskim Przedmieściu. Poszedł sprawdzić. I oberwał.
Potem poznawał kolejnych ludzi z opozycji, która powoli wciągała go.
- Pochodzę z rodziny o tradycjach patriotycznych. Ojciec i wujek walczyli w AK, matka przeżyła obóz w Lubece. Byłem przesiąknięty historią i opozycja była dla mnie czymś naturalnym.
Pod koniec lat 70. Górski pracował w Stołecznym Przedsiębiorstwie Handlu Wewnętrznego. To właśnie dzięki nawiązanym wówczas kontaktom miał w stanie wojennym dostęp do papieru, farby i materiałów do drukowania. Stworzyli drukarski duet z Adamem Grzesiakiem. W karnawale Solidarności wydrukowali "Czarną księgę cenzury" na pierwszym offsecie, jaki udało się zdobyć opozycji. Przed wprowadzeniem stanu wojennego wydali sześć książek. Kiedy NOWa w 1980 roku postanowiła się ujawnić oni, jako jedyna ekipa drukarska, zdecydowali o pozostaniu w konspiracji. I to właśnie ich drukarnia z Falenicy przetrwała i do lata 1982 wydawała książki oraz "Tygodnik Mazowsze".
Maciej Radziwiłł został wychowany w niechęci do panującego ówcześnie w Polsce ustroju. Skończył liceum Rejtana, którego absolwentami byli inni działacze opozycji. W 1977 roku uczestniczył w akcji zbierania podpisów w obronie nauczycieli, m.in. Ireneusza Gugulskiego, którzy stanęli po stronie robotników z Ursusa i Radomia. Wtedy też jego dom stał się skrzynką kolportażową NOWej na Lublin. Gdy został studentem prestiżowego Wydziału Filozofii i Socjologii UW, pracował w Ośrodku Badań Społecznych Solidarności, skąd w momencie wprowadzenia stanu wojennego wyniósł sprzęt drukarski i poligraficzny oraz papier.
Doświadczenie w wydawaniu książek zdobywał jednak już jako szesnastolatek. Wiosną 1982 roku z polecenia wuja Janusza Przewłockiego do Radziwiłłów zgłosił się Witold Łuczywo i poprosił o lokum dla Andrzeja Górskiego. Zgodzili się na to od razu. Maciej miał wówczas 21 lat. Studiował i marzył o tym, by działać w podziemiu.
Górski nie był dla Radziwiłłów kimś zupełnie nieznanym. Maciej słyszał o nim wcześniej.
- Wiedziałem, że jest taka, już wtedy, legendarna postać, która nielegalnie już w pierwszych tygodniach stanu wojennego drukuje książki. Słyszałem też o tym, że to właśnie dzięki jego staraniom "Tygodnik Mazowsze" ukazywał się z czerwoną winietą Solidarności. Kiedy się u nas pojawił, byłem po prostu zachwycony. Tak jak rodzice.
Maciej, bujający w intelektualnych obłokach, był pod wrażeniem pierwszego opozycjonisty, z którym miał tak bliski kontakt. Andrzej z kolei nie do końca wiedział, jak ma się zachować.
- Na początku byłem niesamowicie skrępowany. Ja, chłopak z prostej, robotniczej rodziny, nieopierzony, nieznający nawet podstaw bon tonu w książęcej rodzinie? Jednak szybko okazało się, że to skrępowanie było zbyteczne.
SB na Wigilii
Rodzina Radziwiłłów mieszkała wówczas przy ul. Płatowcowej na warszawskim Mokotowie. - Mieliśmy w domu pokój-służbówkę - wspomina Maciej. - Kiedyś zajmowała go moja siostra, ale potem wyprowadziła się do męża. Tam właśnie zamieszkał Andrzej.
Górski szybko znalazł kontakt z rodziną Macieja. Szczególnie z ojcem. Godzinami rozmawiali w oparach papierosowego dymu. Wszyscy polubili nowego lokatora i z czasem traktowali go jak domownika. - Czułem się w tym domu tak, jak w swoim własnym - przyznaje Górski. - Co więcej, mieszkałem tam jak z nową rodziną. Maciek został moim młodszym bratem, a jego rodzice moimi rodzicami. Tak czuję się u nich do dziś.
Kiedy Andrzej znikał na kilka dni, wszyscy Radziwiłłowie z ul. Płatowcowej się o niego martwili. Zdawało się nie być ważne, że ukrywanie drukarza z podziemia jest niebezpieczne, a po sąsiedzku mieszka pułkownik MO - weterynarz i szef szkolenia milicyjnych psów.
U Radziwiłłów mieszkał około pięciu miesięcy. Potem wielokrotnie ich odwiedzał. Zapraszany był na Wigilie. I Radziwiłłowie, i Górski szczególnie pamiętają jedną z nich.
- Kiedy już dzieci rozdały wszystkim prezenty postanowiłem, że będę się zbierał. Choć czekało na mnie tylko puste mieszkanie moich znajomych, w którym się wówczas ukrywałem, to coś mi kazało zrezygnować z dalszej części świetnie zapowiadającego się wieczoru. Wyszedłem, mimo wyraźnego niezadowolenia gospodarzy. Jak się później okazało po półgodzinie pojawili się tam funkcjonariusze i zaczęli legitymować gości - wspomina Górski.
- Kiedy przyszli, pozostało im tylko wylegitymować dwadzieścia osób o tym samym nazwisku. Po ich wyjściu odetchnęliśmy z ulgą. Dobrze, że mimo naszych licznych próśb, Andrzej z nami nie został - mówi Maciej.
Nietykalni
Górski zrobił na Radziwille wrażenie tym, że pierwszą książką, jaką wydrukował w stanie wojennym był "Problem winy" Karla Jaspersa. - On tej trudnej, filozoficznej książki nie znał. Nieświadomie wydrukował coś, co miało niesamowicie silny związek z sytuacją.
- To nie był żaden wyczyn - tłumaczy Andrzej. - To kolegium stwierdziło, że drukujemy Jaspersa. Miała to być po prostu kolejna książka czasu karnawału. Stan wojenny nas zaskoczył, ale książka wyszła.
Andrzej potem przeczytał Jaspersa. - Była to jednak lektura w stylu Maćka. Ja wolałem czytać Marka Nowakowskiego.
Ekipa, z którą drukował Andrzej, początkowo odnosiła się do Macieja nieufnie. Pierwszym zadaniem, które Maciej dostał od Andrzeja, było pozbycie się dużej ilości ścinków drukarskich. Okazało się, że można je pakować w worki po papierze toaletowym. Wchodziło tam 16 ryz, powstawała wygodna w transporcie paczka. Maciej zdobył jednocześnie worki i uznanie kolegów. - To była dla mnie ogromna przygoda - wspomina Maciej. - Oni byli elementem tej przygody. Ludzie wyznający proste zasady: uczciwość, wierność, przyjaźń. Jak już zaliczyli mnie w poczet tego swojego wąskiego grona, to było dla mnie wielkie wyróżnienie.
Wspólną pracę na poważnie zaczęli na przełomie maja i czerwca 1982 roku. Drukowali razem do maja 1985 r., kiedy aresztowano Górskiego. - Byłem na ul. Prostej - wspomina Radziwiłł. - Wszystko było już gotowe, czekaliśmy jedynie na okładki z drukarni. To było tego dnia, kiedy podczas meczu Liverpool-Juwentus zawaliły się trybuny na stadionie w Heysel. Siedzieliśmy, oglądaliśmy ten mecz, a ja czułem, że coś jest nie tak. Wcześniej owszem, zdarzało się, że ktoś był niepunktualny, ale tym razem spóźnienie było już kilkugodzinne. O aresztowaniu dowiedziałem się następnego dnia z gazety. Przeżyłem szok. Filary naszej drukarni - Górski, Broniarek i Markiewicz - wpadły. Wcześniej wydawało mi się, że są nietykalni.
Musiał dalej działać sam. Miał wówczas kilka struktur, które składały książki i transportowały je. Były to w dużej mierze punkty introligatorskie. Jednocześnie razem z narzeczoną Andrzeja próbował mu pomagać, ale z marnym skutkiem. Pisał listy, kartki ze słowami otuchy. Chciał, żeby Andrzej czuł wsparcie. Górskiego bronił wtedy mecenas Jan Olszewski.
W październiku Maciej dowiedział się o głodówce Andrzeja, który domagał się w ten sposób spotkania z umierającym ojcem. - Nie było można nic zrobić, Andrzej był odcięty od korespondencji - wspomina Maciej. - W żaden sposób nie mogłem na niego wpłynąć, choć wiele osób podejmowało różne inicjatywy, by w końcu tę głodówkę przerwał.
Górski podjął głodówkę bezterminowo. Przez pięć i pół miesiąca jemu i koledze jedzenie podawano siłą. Próbowano go złamać. Odbierano mu paczki i listy. Jeśli dostał jakąś wiadomość, to tak zamazaną, że nie sposób było ją rozczytać. Potem zaczęły do niego docierać pocztówki, w tym jedna od Maćka. Tę zachował do dziś.
Ich pierwsze spotkanie po wyjściu Andrzeja z więzienia trwało długo. Górski przyszedł w odwiedziny w momencie, gdy Maciej składał u siebie kolejny numer "Krytyki". - Po jego twarzy zobaczyłem, jak bardzo przeżył to więzienie. Jedni mówili mu, żeby się wycofał. Ja uznałem, że lepiej będzie jak znów się zaangażuje w drukowanie. To go zmobilizowało i trochę postawiło na nogi.
- Niewiele pamiętam z czasu tuż po wyjściu z więzienia - wspomina Andrzej. - Zbyt dużo emocji i wrażeń. Pamiętam tylko, że na Płatowcowej zgotowano mi niezwykle ciepłe powitanie. Znów poczułem się jak członek rodziny.
Przecierał szlaki
Przez następne półtora roku wydrukowali sporo książek i numerów "Tygodnika Mazowsze". Andrzej się w tym odnalazł. Dziś wspomina, że gdyby wówczas nie zajął się drukowaniem, pewnie byłoby mu trudniej przystosować się do rzeczywistości.
- Wielomiesięczna głodówka, którą podjął w więzieniu na pewno zostawiła ślad na jego zdrowiu i psychice - stwierdza Radziwiłł. - On był wtedy już bardzo zmęczony. Jednak etos podziemnych wydawnictw był na tyle żywy, że zdecydował się na tę współpracę.
Drukowali książki specyficzne, trudne i przeznaczone dla wąskiego grona czytelników, jak choćby "Społeczeństwo otwarte" Karla Poppera. - Wiedziałem, że Andrzej jako czytelnik wcale nie jest nią zainteresowany, ale cieszył się, że drukuje pozycję wyjątkową - mówi Maciej. - Liczyła 700 stron, była ładnie wydana.
Andrzej do dziś z dumą wspomina dwutomowe wydanie Poppera. To była największa wydana przez nich książka. I jedna z ostatnich wydrukowanych w Rembertowie.
Był rok 1987. Drukarnia wpadła, Andrzej wycofał się. Do działalności drukarskiej już nie wrócił. Maciej zajmował się składem jeszcze około roku. - Potem zaczęło to tracić już swój sens. Podstawowe pozycje zostały wydane. Coraz mocniej wkraczała komercja. Dlatego zrezygnowałem.
Po wyborach Andrzej Górski na kilka lat wyjechał do USA. Kontakt z Maciejem się urwał. Wrócił w '99 roku, nie miał pracy. Po jakimś czasie zapowiedział się z wizytą u Radziwiłłów.
- Byłem wtedy wspólnikiem w jednej restauracji. Zaproponowałem Andrzejowi pracę - wspomina Maciej. - Pracowaliśmy razem 4 lata, potem restauracja zbankrutowała. Widujemy się regularnie. Nasza przyjaźń trwa już 26 lat.
Starają się spotkać choć raz na dwa tygodnie. Niestety nie zawsze się to udaje. Radziwiłł ma żonę, pięcioro dzieci i dużo obowiązków zawodowych - zarządza firmą Trakcja Polska SA, zatrudniającą ponad tysiąc osób.
- Bywało, że nasze kontakty stawały się luźniejsze - mówi Górski. - Zawsze jednak w jakiś sposób wracaliśmy do tej relacji, która nawiązała się w podziemiu.
W ubiegłym tygodniu Górski i Radziwiłł zostali odznaczeni przez prezydenta Krzyżem Komandorskim Odrodzenia Polski. Zgodnie z alfabetem jako pierwszego odznaczono Andrzeja.
- Tak jak w podziemiu, tak i tu przecierałem szlaki - komentuje z uśmiechem. |