Nr 20 (1025) 16 maja 2008

ZWIAZEK

 
Coś tu nie gra
Wersja do druku Julian Kostrzewa

To już postanowione: pod oknami ministra kultury i dziedzictwa narodowego zabrzmi "Marsz żałobny". Jego wykonawcami będą artyści.

Pikieta odbędzie się 12 maja, a jej główny powód to ignorowanie Solidarności przez ministra. Ignorowanie nieprzypadkowe: związkowcy mieliby sporo pytań do Bogdana Zdrojewskiego. Głównie w sprawach finansów, a że minister ma węża w kieszeni, wiadomo nie od dziś. Wykonawcy przyjadą z różnych stron kraju, bo problem wszędzie jest ten sam: w instytucjach artystycznych, jak podle się zarabiało, tak wciąż się tak zarabia.
- Dramat jest wszędzie, ale szczególnie w tych placówkach, które podlegają samorządom - mówi Ewa Djaczenko, przewodnicząca Krajowej Sekcji Pracowników Instytucji Artystycznych NSZZ "S". Bo tego nie da się ukryć: na instytucjach artystycznych samorządy, ta ostoja wolności i demokracji, wyraźnie oszczędza. Lepiej mają instytucje współfinansowane jednocześnie przez ministerstwo i samorządy. Ale to współfinansowanie to też zagadkowa sprawa. Bo jak to się stało, że jedna instytucja została wybrana do współfinansowania, a inna nie, dokładnie nie wiadomo. - W zeszłym roku pytaliśmy o to ministerstwo. Konkretnej odpowiedzi nie było - ocenia Ewa Djaczenko.

Nie daje się żyć
Przewodnicząca Solidarności najlepiej zna sytuację w warszawskim Teatrze Wielkim, gdzie sama pracuje. Tam podwyżek nie było przez 4 lata. Ceny idą w górę, płace stoją. Jednak najgorzej jest w mniejszych ośrodkach, gdzie zarabia się mniej niż w stolicy. W Teatrze Muzycznym w Lublinie sytuacja jest zaiste dramatyczna. - Dzwonił do mnie muzyk z Lublina, skarżąc się, że ma 1050 zł podstawy. Prosił, żeby coś z tym zrobić, bo tak nie daje się żyć.
Pełnych informacji z wszystkich placówek w Sekcji Krajowej jeszcze nie mają. Ale informacje z kilku ośrodków pozwalają zorientować się, że sytuacja jest naprawdę zła. - Wynika z nich, że zarabia się 1200-1500 zł - to podstawa wynagrodzenia. Czyli około 2,5 tys. zł brutto, a to po doliczeniu różnych zmieniających się dodatków - mówi przewodnicząca. - To są niewielkie pieniądze, a sprawa dotyczy ludzi z wyższym wykształceniem. Żeby je zdobyć, najczęściej musieli ponieść sporo wyrzeczeń. 
- W tej branży można znaleźć dodatkowe występy czy spektakle - mówi muzyk z Lublina. - Tyle że to czas nadliczbowy, dzieje się kosztem rodziny, a poza tym nie zawsze da się je  znaleźć. - Łapią chałtury, tu zagrają, tu zatańczą, tam zaśpiewają, ale nie wszędzie tak się da. W Warszawie i Krakowie łatwiej, ale w Zielonej Górze - już nie - ocenia Djaczenko.
- W martwym sezonie, a ten u nas jest bardzo długi nie ma chałtur. Jest goła pensja, średnia urlopowa i wtedy jest dramat - mówi muzyk z Lublina. Ale podwyżki płac, to nie jedyny postulat artystów z Solidarności. Chcą wprowadzenia od 2009 r. stałego zapisu w ustawie budżetowej, zapewniającej podwyżki wynagrodzeń także dla instytucji artystycznych.

Czasem się uda
- Jesteśmy sferą parabudżetową. Mamy dotacje, ale nie otrzymujemy rewaloryzacji wynagrodzeń, co tzw. budżetówka ma zapisane co roku w budżecie państwa - tłumaczy przewodnicząca Djaczenko.   Są zdani na swoich dyrektorów, a ci najczęściej na skąpe samorządy. Gdy działają związki zawodowe, to pół biedy, bo potrafią pertraktować z dyrektorem i czasem coś wyszarpnąć. Ale gdy dyrektor nie ma pieniędzy albo nie ma związków, zaczynają się schody.
Pieniądze to nie wszystko, czego związkowcy chcą. Żądają zachowania uprawnień emerytalnych dla artystów. - Przecież szkoły baletowe pustoszeją - mówi Ewa Djaczenko. Obowiązuje jeszcze regulacja, że tancerka po 40., a tancerz po 45. roku życia ma prawo przejść na emeryturę. Dotyczy to też muzyków po pięćdziesiątce. Od nowego roku ten przywilej ma zostać cofnięty. Tymczasem państwo na pozostawieniu przywileju nie zubożeje - twierdzą związkowcy. Rzecz dotyczy przecież niewielkiej grupy osób. W przypadku tancerzy chodzi o kilkadziesiąt osób.
- Naprawdę trudno zmuszać tancerza po czterdziestce do przekwalifikowania się - podkreśla Ewa Djaczenko. Tymczasem  balet, to wbrew pozorom, bardzo ciężki zawód. Wysiłek tancerza da się porównać do tego, który musi znosić górnik. Gdy tancerz ma problemy z kręgosłupem, trudno mu kazać zmieniać zawód.
Obiecanki cacanki - Kiedy w grudniu ub.r. związkowcy spotkali się z ministrem Zdrojewskim, rozmowa przebiegała - trzeba przyznać - w kulturalnej atmosferze - ocenia jeden ze związkowców. - Obiecywał sporo, ale mało konkretnie. Obiecał nam np. podwyżki w tym roku, ale na obietnicach się skończyło - mówi.
- Kiedy miałaby ta podwyżka być: w sierpniu, czy w październiku, nie chciał nam pan minister sprecyzować - mówi przewodnicząca Djaczenko. - I nie chce tego sprecyzować do dziś.  Dlatego związkowcy w styczniu br. wystąpili o spotkanie z ministrem, żeby go dopytać o konkrety. Ale minister - już w lutym -  odpowiedział, że nie widzi takiej potrzeby.
Gdy w marcu znów napisali do Bogdana Zdrojewskiego, w odpowiedzi dowiedzieli się tylko tyle, że projekt rozporządzenia w sprawie wynagrodzeń jest przygotowywany. Właśnie wtedy zapadła decyzja o zorganizowaniu pikiety pod oknami szefa resortu. Pikieta była zapowiadana od półtora miesiąca. Związkowcy czekali długo, bo chcieli dać ministrowi czas na zreflektowanie się. Ale trafili kulą w płot.


Napisz do autora