nr 9 (962) 2 marca 2007

SPOŁECZEŃSTWO

 
Mam na imię EWA
Wersja do druku Alicja Dzierzbicka

Opozycjonistka, założycielka jednej z największych struktur podziemnych w stanie wojennym. Odznaczona przez prezydenta. Od trzech lat bezrobotna, nie ma nawet na czynsz.

Ewa Hołuszko z błyskiem w oku opowiada o latach 80. i swoich doświadczeniach opozycjonistki. Często się śmieje. Rozpiera ją chęć działania. - Mogłabym tyle jeszcze zrobić - mówi. Dusza romantyczna, organizatorka, przywódca, ryzykantka.

Niesforna uczennica
Pochodzi z Białegostoku, z prawosławnej rodziny. Wojciech Ziembiński, jeden z czołowych działaczy niepodległościowych w PRL, mówił o niej, że jest ostatnią obywatelką I RP. Ona stwierdza, że jest urodzoną opozycjonistką. Dziś z uśmiechem wspomina swój pierwszy strajk, choć wtedy wcale nie było lekko. To było w marcu 1968 roku. Była w ostatniej klasie liceum w Aninie. Pewnego dnia przyszedł nakaz dyrektorski, że mają nie opuszczać szkoły. Wtedy Hołuszko wraz z kolegą wymyśliła strajk okupacyjny. Uczniowie zajęli cały korytarz i hol. Wściekły dyrektor kazał się rozejść do klas. Nie posłuchano go, uczniowie zaczęli śpiewać piosenki i rzucać te same hasła, co manifestujący w Warszawie studenci.
Bezradny dyrektor zadzwonił po milicję. Kiedy przyjechała, młodzież szybko i po cichu rozeszła się po klasach. Dyrektor nie wytrzymał nerwowo i wypuścił niesforną młodzież do domu.
Po maturze Hołuszko dostała się na wydział fizyki Uniwersytetu Warszawskiego. Po pierwszym roku wielu jej kolegów relegowano z uczelni. W 1971 przeniosła się na Politechnikę Warszawską. Po skończeniu studiów zaproponowano jej pracę w Radomiu na Politechnice Świętokrzyskiej (później WSI Radom). Tam była świadkiem wydarzeń czerwcowych.

Zły przykład
Miała bardzo dobry kontakt ze studentami. Wykładała, egzaminowała, była opiekunką roku. Dostęp do wszystkich kluczy umożliwiał podkładanie bibuły, która błyskawicznie rozchodziła się po uczelni. Narażała się władzy, łamała jej zakazy, podpadła ówczesnemu rektorowi uczelni Michałowi Hebdzie, przeciwko reelekcji którego strajkowała potem Solidarność i środowiska akademickie. Dawała zły przykład, nie chodząc na pochody pierwszomajowe.
W tym czasie miała już pierwsze dziecko. Żeby dorobić, latem wyjeżdżała na Zachód. W 1978 po raz pierwszy nie dostała paszportu. A w 1980 wręczono jej trzymiesięczne wypowiedzenie bez prawa wejścia na uczelnię. Na szczęście znalazła pracę w Instytucie Meteorologii i Gospodarki Wodnej w Warszawie. Wówczas zaangażowała się w działania w Komisji Interwencyjnej Regionu Mazowsze NSZZ "S". Opiekowała się poszczególnymi komisjami zakładowymi Solidarności.
Została przewodniczącą Komisji Interwencyjnej. Pełniła tę funkcję do kwietnia 1981 roku.
Jednocześnie rozpoczęła własną działalność. W Warszawie powstała komisja zakładowa w drukarni wojskowej na Towarowej, w szpitalu MSW na dawnej ulicy Komarowa. Istniała Solidarność w Wyższej Oficerskiej Szkole Pożarniczej. Hołuszko stwierdziła, że trzeba się zająć pracownikami cywilnymi MON, MSW, Ministerstwa Administracji, Gospodarki Terenowej i Ochrony Środowiska i placówek im podległych.
- Nikt nie ingerował w moje działania. Spowiadałam się bezpośrednio Bujakowi. Moim marzeniem było założenie komisji w KC PZPR. Przecież by jej nie rozwiązali. Znalazłam tam osiem osób, zabrakło mi dwóch.
Została członkiem Zarządu Regionu Mazowsze. Razem z innymi walczyła o to, aby w statucie związku nie było zapisu o zwierzchniej roli partii. Uczestniczyła w rozmowach sekcji pracowników trzech ministerstw: MON, MSW i Ministerstwa Administracji z przedstawicielami rządu. Po fiasku negocjacji ludzi z zakładów podległych resortom, a zrzeszonych w Solidarności, zwolniono z pracy. To dzięki Hołuszko i jej interwencji u wicemarszałek Haliny Skibniewskiej powrócili na dawne stanowiska, choć nie pozwolono im założyć organizacji związkowej. Jedyne oficjalne koło utrzymało się na WOSP.

Harda
Była delegatem na I zjazd Solidarności, w jego pierwszej części zasiadała w komisji uchwał i wniosków. Nalegała, aby poparte zostały uchwały o pracownikach cywilnych z poszczególnych resortów, o mniejszościach narodowych w Polsce oraz posłanie do narodów Europy Wschodniej. W drugiej części zjazdu pracowała nad preambułą.
- Pracowaliśmy bez przerwy, nie zobaczyliśmy nawet morza. Ostatnie uchwały podejmowaliśmy szybko, bo zaczęła zamarzać hala Oliwii. Następnego dnia miały się tam odbyć zawody hokejowe. Pewnie ktoś chciał nas stamtąd wykurzyć.
Opiekowała się strajkiem na WOSP-ie. Trafiła na komendę milicji, ale szybko ją wypuszczono. Jednocześnie miała problemy z dzieckiem. Miało już siedem miesięcy, a nie wstawało. Brakowało mu witamin. 12 grudnia 1981 zawiozła syna do lekarza Marka Kulerskiego. Pomogły zachodnie lekarstwa.
- Jakoś szczęśliwie Bóg pozwolił, że w ostatnich chwilach wolności uratowałam syna - mówi. - Inaczej by nie chodził.
Odwiozła dziecko do domu i pojechała do zarządu regionu. Wróciła nocnym autobusem. Rano obudziło ją stukanie do drzwi. To sąsiadka. Powiedziała o stanie wojennym.
- Nie wiedziałam, o co chodzi. Kiedy oprzytomniałam, ubrałam się i wyszłam. Wróciłam po dwóch latach.
Musiała się ukrywać. Jeszcze przed świętami Bożego Narodzenia pojechała do Częstochowy, Kielc i Radomia. Spała u znajomych, dawnych studentów, codziennie gdzie indziej. Cały czas martwiła się, że nie udało jej się ochrzcić drugiego syna. Mimo osobistych problemów zaczęła organizować jedną z największych podziemnych struktur solidarnościowych, która potem połą- czyła się z organizacją Macieja
Zalewskiego stworzoną na warszawskiej Woli. Powstał Międzyzakładowy Komitet Koordynacyjny.
- Ewa stworzyła bardzo silną organizację, która przetrwała aż do 1989 roku - mówi dziś historyk Andrzej Friszke. Hołuszko przyjęła pseudonim "Harda". Współpracowała m.in. z ks. Jerzym Popiełuszką. To od niego MKK dostał pierwszy offset. Hołuszko kierowała MKK do 18 listopada 1982 roku, kiedy została aresztowana.
- Była bardzo aktywna. Właśnie ta aktywność ją zgubiła - wspomina Ewa Choromańska, trzecia przewodnicząca MKK.

Zabawy z ubecją
Opowieści Hołuszko o życiu w stanie wojennym przypominają momentami film sensacyjny. Potajemne organizowanie chrzcin syna w cerkwi na Pradze. Ukrywanie się, bawienie się z tajniakami w kotka i myszkę. W końcu aresztowanie, więzienie a tam upokorzenia, strach, samotność i ciągłe zamartwianie się o bliskich.
Kiedy po pół roku wyszła odmówiła współpracy z MKK, nie chciała nikogo narażać.
- Ewa była bardzo poważną, liczącą się działaczką, którą stale interesowali się ubecy - mówi Friszke.
Zaczęła pracować jako ankieterka. Była kierownikiem zespołu artystycznego, w którym występowali Alicja Majewska, Halina Frąckowiak, Elżbieta Starostecka, Magdalena Zawadzka i Włodzimierz Korcz. Potem pracowała jako preser. W 1985 ponownie zaangażowała się w działalność związkową. Rok później, po wypadku przy wtryskiwarce, umożliwiono jej powrót na wydział fizyki UW, jednak tylko na stanowisko techniczne. Po długich staraniach znów otrzymała paszport, ale nie na długo. Pobito ją na jednej z manifestacji, którą prowadziła. W 1988 mogła wreszcie odwiedzić w Kanadzie brata, którego nie widziała od dziesięciu lat. Po roku wyjechała do Hamburga. Pracowała naukowo. Spędziła tam dwa lata. Proponowano jej, by została.

Pierwszy raz w partii
Wróciła do kraju. Jacek Kuroń chciał, aby w wyborach w 1991 roku startowała z list Unii Demokratycznej z województwa białostockiego. Nic z tego nie wyszło - białostoccy działacze nie umieścili jej na liście. Powróciła do pracy na UW i związała się z Helsińską Fundacją Praw Człowieka. Zaczęła pracować na rzecz mniejszości narodowych. Pisała też raport o mniejszościach dla Fundacji Forda. Zaangażowała się w działania na rzecz Kościoła, nie tylko prawosławnego. W 1996 roku chciała zrobić doktorat. Na przeszkodzie stanęły problemy rodzinne. W dodatku z powodu redukcji etatów musiała odejść z uczelni.
W 1997, roku kolejnych wyborów, Unia Pracy zaproponowała jej wpisanie na listy wyborcze. Zgodziła się. UP jednak przegrała wybory. Po rozłamie w tej partii wstąpiła do Unii Wolności.
- Po raz pierwszy byłam wtedy w partii - śmieje się Hołuszko.
Układała sobie sprawy rodzinne, pracowała w szkole jako nauczycielka. Kiedy zawiadomiła dyrekcję, że uczeń bierze narkotyki, ta wolała zrezygnować z Hołuszko niż z nowych okien ufundowanych przez jego rodziców.
W 1997 roku pracę zaproponowała jej brytyjska korporacja komputerowa ICL, należąca do Fujitsu. Na początku dostawała zlecenia. Potem założyła własną firmę, która współpracowała z korporacją.

Wstręt i niechęć
Odbiła się od dna. Spłaciła długi. Ale znów zaczęły się problemy osobiste. Rozpoczęła długotrwałe leczenie. Po serii badań komisja lekarska orzekła transpozycję płci. Sąd zdecydował o wydaniu nowych dokumentów. W 2000 roku przeszła operację.
- Wiedziałam, kim jestem od 26. roku życia. Być może dlatego tak mocno się we wszystko angażowałam, bo nie chciałam o tym myśleć.
W 1999 roku ICL rozwiązał z nią umowę. Znów była bezrobotna. Pieniądze, które udało się odłożyć skończyły się szybko. Chodziła do dawnych kolegów z Solidarności i pytała o pracę. Mogła robić cokolwiek. Kończyło się na obietnicach. Szukała wsparcia w opiece społecznej. Wstręt i niechęć były jedyną reakcją ze strony szczodrej w innych przypadkach placówki.
W końcu znalazła pracę w jednej ze szkół. Spotkała się z przychylnością przełożonych i współpracowników. Wykończyli ją uczniowie. Wyzywali ją, szykany się nasilały. Zatrudniła się w szkole dla trudnej młodzieży. Postanowiła dokończyć przerwaną fizykę na UW. Równolegle zaczęła studiować pedagogikę. Oba wydziały skończyła z piątką na dyplomie. Mogła się uczyć tylko dlatego, że czesne zmniejszono jej do minimum. W 2001 roku rozpoczęła studia na psychologii, zaliczyła specjalizację z neuropsychologii z najwyższą oceną w indeksie. Robi specjalizację psychoteraupetyczną, kończy pracę magisterską. Jednocześnie chodzi na zajęcia na Wydział Nauk Politycznych, gdzie niedługo zacznie robić doktorat. Niestety, za przewód doktorski trzeba dużo płacić, a ona nie ma nawet na czynsz.

Zawsze pod prąd
Wciąż szuka pracy. Zwracała się o pomoc do różnych urzędów i ministerstw. Bez skutku. A przecież biegle mówi po rosyjsku i białorusku. Mówiła płynnie po niemiecku, angielsku trochę po francusku, romsku i ukraińsku. Działa w Stowarzyszeniu Wolnego Słowa, Wspólnocie Kazachskiej. Niedawno z ramienia SWS weszła w skład grupy doradczej Joanny Kluzik-Rostkowskiej. Czasami znajdzie jakieś dorywcze zajęcie - prowadziła lekcje z okazji 30-lecia KOR, wydarzeń radomskich. To był tylko zastrzyk gotówki, który wystarczył na krótko.
Do tej pory pomagali znajomi. Stale też udawało jej się odwlec wizytę komornika. Nie chce, aby ludzie traktowali ją jak biedaka. Ceruje stare ubrania i stara się o nie dbać. Płaszcz i buty ma już od siedmiu lat. Co będzie dalej? Nie wiadomo.
Uważa, że nie jest przystosowana społecznie, bo nie zgadza się na łamanie podstawowych zasad: na korupcję, narkotyki w szkole, nieszanowanie godności drugiego człowieka. Jej wartości nierozerwalnie łączą się z wiarą. Kiedy po wprowadzeniu stanu wojennego znalazła się w Częstochowie, pierwsze kroki skierowała na Jasną Górę. Cudowny obraz jest dla niej szczególnym symbolem. - Jako ikona łączy przecież prawosławnych z katolikami.

Życie w bunkrze
Mimo zaangażowania w strajk na WOSP z 1981 roku, nie zaproszono jej na obchody 25-lecia strajku. Dlaczego? Nie wiadomo. Odznaczono tylko Seweryna Jaworskiego.
W grudniu ubiegłego roku otrzymała od prezydenta Krzyż Oficerski Orderu Odrodzenia Polski. Wtedy po raz pierwszy poczuła się doceniona.
Małogorzata Bocheńska ceni Ewę Hołuszko za wiedzę, wyznawane wartości, hardość.
- Niestety w solidarnej Polsce nie ma zapotrzebowania na takie osoby - mówi Bocheńska. Podobnego zdania jest Andrzej Friszke: - Państwo nie potrafiło wykorzystać potencjału ludzi pokroju Ewy. Pękła też solidarność środowiskowa. Tak naprawdę to wina nas wszystkich.
Sama jest sobie winna - mówią inni. Natomist Ewa Kulik-Bielińska, kluczowa działaczka podziemia w Warszawie, wspomina Hołuszko jako osobę bojową, pełną entuzjazmu.
- Pamiętam, że kiedyś musiałam studzić jej zapał. Była bardzo oddana swoim współpracownikom. Z całą pewnością Hołuszko to prawy człowiek.
Ewa Hołuszko obecnie mieszka w swoim bunkrze bez okien w podwarszawskim Aninie.


Napisz do autora