Z jednej strony dobrze, że w ogóle zapadł wyrok skazujący, ale czy może być satysfakcjonująca kara 3,5 lat więzienia dla zastępcy komendanta rejonowego milicji w Lubinie, dowodzącego wówczas oddziałem ZOMO, który strzelał, zabijał i ranił ludzi?
Gdy przed miesiącem wrocławski sąd odczytywał wyrok, Stanisława Trajkowska, żona jednego z zabitych wówczas górników, słuchała tego ze spuszczoną głową. - To za niski wyrok za zabicie człowieka - ocenia.
- Rodziny zabitych i rannych nie mogą mówić o pełnej satysfakcji, bo przecież ich bliscy nie żyją albo są kalekami. Poza tym proces trwał tak długo, że wszyscy, rodzin zamordowanych nie wyłączając, byli już bardzo zmęczeni oczekiwaniem na tę względną sprawiedliwość - mówi mec. Henryk Rossa, oskarżyciel posiłkowy reprezentujący rodziny poszkodowanych.
Mecenas ma satysfakcję o tyle, że wyrok skazujący. w ogóle zapadł. Przecież całymi latami zacierano ślady po zbrodni. - Niszczenie śladów, usuwanie dowodów rozpoczęto natychmiast, już następnego dnia po tych wydarzeniach - podkreśla Rossa.
Rozpętało się piekło
Jan M. był ostatnim z trójki milicjantów oskarżonych w tzw. sprawie lubińskiej o doprowadzenie do śmierci trzech demonstrantów. Razem z nim na ławie oskarżonych zasiedli Tadeusz J., w 1982 roku dowódca pierwszego plutonu ZOMO wysłanego z Legnicy do Lubina i Bogdan G., wtedy zastępca komendanta wojewódzkiego MO w Legnicy. Po trzech procesach skazano ich prawomocnymi wyrokami na kary więzienia: Bogdana G. - na piętnaście miesięcy, Tadeusza J. - na 2,5 roku.
Sprawa Jana M. rozpatrywana była już po raz czwarty. Sąd analizował ponad dwadzieścia tomów akt, które zebrały się w kilkanaście lat Do krwawej rozprawy milicji z demonstrantami doszło po południu 31 sierpnia 1982 roku. Do pacyfikacji pokojowej demonstracji wysłano trzy oddziały ZOMO uzbrojone w długą broń, ostrą amunicję i granaty gazowe. Do starcia z demonstrantami doszło na placu Wolności, obok ratusza. Milicjanci zaczęli strzelać bez powodu.
Gdy milicjanci użyli broni, Jan M. nie reagował.
- Gdy zaczęli strzelać w ziemię, asfalt rozpryskiwał się, a gdy kula trafiała w nawierzchnię, widać było płomyki ognia. Leciały kawałki cegieł, kruszyły się mury, w które trafiały kule i rykoszety - opowiadali świadkowie. Jak mówili, w centrum miasta rozpętało się piekło. Milicjanci strzelali na oślep. Zabili trzech młodych mężczyzn, poważnie ranili kilkanaście osób, niektóre są kalekami do dziś.
- Milicjanci strzelali do bezbronnych ludzi, jak do kaczek - mówił obrazowo w sądzie mec. Rossa.
W czasie procesu wyraźnie stwierdzono, że konieczności użycia ostrej amunicji, tym bardziej z broni maszynowej, nie było. A skoro jej użyto, trzeba było się liczyć z ofiarami śmiertelnymi. Jak ocenili potem autorzy książki "Solidarność - 20 lat historii", zomowcy urządzili regularne polowanie nie tylko na demonstrantów, ale i na przygodnych przechodniów. Strzelali petardami z gazem, ale i ostrą amunicją, jadąc milicyjnymi nyskami.
Za ręce i nogi
Mąż Stanisławy Trajkowskiej, Andrzej, miał wtedy 32 lata, był technikiem mechanikiem zatrudnionym w Przedsiębiorstwie Instalacji Przemysłowych w Lubinie. "Zgon przed przywiezieniem do szpitala. Akcja reanimacyjna prowadzona w ambulatorium chirurgicznym nieskuteczna. Za przyczynę zgonu przyjmuje się ranę postrzałową głowy" - napisano w orzeczeniu lekarskim. Zostawił troje dzieci i żonę w ciąży.
Mieczysław Poźniak, 25-letni robotnik z Elektromontażu, znajdował się tuż obok Trajkowskiego. Przyjęto go do szpitala w stanie agonalnym.
- To był postrzał w plecy, w okolicy lędźwiowej - mówił lekarz, który oglądał zwłoki.
Michał Adamowicz, elektryk z Zakładów Górniczych Lubin, w 1980 roku, jak większość górników z Zagłębia Miedziowego, zapisał się do Solidarności. W grudniu 1981 roku, w proteście wobec wprowadzenia stanu wojennego, zastrajkował razem z całym wydziałem G-7. Potem kolportował gazetki i ulotki i płacił składki na podziemną Solidarność.
Stanisława Trajkowska widziała męża po raz ostatni, gdy rano, 31 sierpnia wychodził do pracy. Po pracy razem z kolegami poszedł na lubiński rynek, żeby w drugą rocznicę Sierpnia '80 ułożyć krzyż z kwiatów. Razem z kolegami zaczął krzyczeć; "Uwolnić Wałęsę", a potem, gdy padły pierwsze strzały, jak inni zaczął uciekać. Zdążył dobiec do mostku na rzeczce obok rynku. Tam upadł. Gdy biegnący obok schylili się, zobaczyli zakrwawioną twarz i dziurę w głowie. Chwycili go za ręce i nogi i wynieśli za mostek.
To ten moment uchwycił na zdjęciu Krzysztof Raczkowiak, były fotoreporter "Konkretów", które obiegło cały świat. Kolejne zdjęcie Raczkowiaka pokazuje, jak ci sami mężczyźni kładą zakrwawionego Adamowicza na tylne siedzenie przypadkowo zatrzymanego dużego fiata. Zmarł po kilku dniach w skutek odniesionych ran. Miał 28 lat, osierocił dwoje dzieci. W miejscu, gdzie trafiła go kula, stoi dziś wielki kamień, będący częścią pomnika poświęconego ofiarom zbrodni lubińskiej.
Mieli zaplanowane
Edward Wertka porusza się i mówi z trudem: ma już swoje lata, a niedawno miał wylew i częściowo go sparaliżowało. Ale zdrowie odebrano mu 31 sierpnia przed 25 laty. Był wtedy mężczyzną 45-letnim, w sile wieku.
- Leciały petardy gazowe, słyszałem świst kul. Wycofywałem się z grupą ludzi koło tzw. małego kościoła. Kilku milicjantów wyraźnie celowało w naszym kierunku. Odwróciłem się, żeby szybciej uciec. I właśnie wtedy poczułem uderzenie, jakby ktoś mnie młotkiem zdzielił - opowiada.
Stracił przytomność. Jacyś ludzie złapali go za ręce i zaprowadzili na plebanię. Tam widział Ireneusza Lao, 29-letniego wówczas stolarza z miejscowego ZOZ (nieżyjący już dziś), rannego w nogi. Potem w szpitalu stwierdzono u Wertki ranę postrzałową od prawego barku na wylot, z uszkodzeniem kości.
17-letnią wtedy Brygidę Wieczorek raniono w udo.
- Zostałam postrzelona przez funkcjonariuszy MO przejeżdżających nysą. W pobliżu mnie nikogo nie było. Strzelał chyba niski, ale na pewno tęgi funkcjonariusz z odległości 10-12 metrów.
Edward Wertka długo leżał w szpitalu, potem przyznano mu rentę. Walczył z komuną aż do 1989 roku, na ile mu pozwalało zdrowie. Przez lata był podziemnym drukarzem. Drukował dla podziemnej lubińskiej Solidarności i radykalnej Solidarności Walczącej. W czasie niedawnych obchodów 25-rocznicy SW (bardzo silnej na Dolnym Śląsku, w tym w Zagłębiu Miedziowym), dostał zaproszenie do Belwederu. Najpewniej chcieli przyznać mu jakiś medal. Nie mógł pojechać do Warszawy, a organizatorzy uroczystości ponownie już się do niego nie odezwali.
Na wydarzenia z 31 sierpnia 1981 roku Edward Wertka ma wyrobiony pogląd.
- Mieli zaplanowane wcześniej, żeby wymordować trochę ludzi. Zomowcy wypatrywali sobie ludzi i strzelali.
Miasto gniewne
Jak w 1982 roku napisał Wojciech Markiewicz w reportażu dla "Polityki" (tekst nie mógł się ukazać w tym piśmie aż do 1991 roku), prokurator rejonowy w Lubinie powiedział mu:
- To już nie jest to samo miasto, co przedtem. To jest teraz miasto gniewne. Atmosfera napięta, ludzie szepczą, odwracają się, są nieufni.
Miasto było bardzo gniewne. Przez najbliższe dni w Lubinie odbywały kolejne demonstracje. Uczestniczyło w nich znacznie więcej osób niż w tej z 31 sierpnia.
- 1 września na ulice wyszło około 10 tysięcy manifestantów, a więc 1/7 mieszkańców miasta - dziwił się dr Łukasz Kamiński z IPN, autor "Drogi do wolności Zagłębia Miedziowego". Do późnych godzin nocnych toczono zacięte walki, Lubin pokryły barykady. Demonstranci podpalili tablicę propagandową PZPR. Wprowadzono godzinę milicyjną od godz. 20, zablokowano wszystkie punkty dojazdowe do miasta.
"Łącznie w ciągu trzech dni demonstracji zatrzymano w Lubinie 250 osób, w kolejnych dniach następne 72 - podsumował Kamiński w "Drogach do wolności". - W związku z dużą liczbą osób zatrzymanych utworzono tymczasowy areszt w budynku izby wytrzeźwień". I, jak w innych podobnych przypadkach (kopalnia Wujek, zabójstwo Grzegorza Przemyka), niemal natychmiast przystąpiono do zacierania śladów zbrodni.
Już 31 sierpnia w nocy gruntownie wysprzątano miasto, uniemożliwiając zebranie łusek i pocisków do analizy. 2 września zaczęto usuwać ślady po kulach na tynkach i murach, wymieniać przestrzelone szyby. Nie zabezpieczono broni, nie rozliczono zomowców z pobranej amunicji. A treść zeznań składanych przez funkcjonariuszy w 1982 roku - ocenił dr Kamiński - pozwala przypuszczać, że je wcześniej uzgodnili. To bardzo utrudniło śledztwo, a potem proces, rozpoczęte w latach 90.
Gdy po upadku PRL przebiegiem wydarzeń zajęła się sejmowa komisja nadzwyczajna do zbadania działalności MSW (tzw. Komisja Rokity), łatwego zadania nie miała. Jednak jej ustalenia mogła wykorzystać prokuratura, która wszczęła śledztwo w 1991 roku. Rok później zaczął się proces siedmiu funkcjonariuszy, jednak po kilku latach zakończył się on niczym, bo część oskarżonych uniewinniono, a w stosunku do części sprawę umorzono. To rozpoczęło sądowe podchody, które zakończyły się właśnie wyrokiem (nieprawomocnym) dla Jana M.
Pusta sala
Za prawdziwy przekręt uważa mec. Henryk Rossa to, że najpierw broń użyta w Lubinie była przestrzelona, a na osobisty rozkaz gen. Czesława Kiszczaka nie udostępniono jej prokuratorom.
- Po jakimś czasie karabiny sprzedano do bratniego kraju arabskiego, do Algierii - oburza się Rossa.
W trakcie wydarzeń krążył po okolicy milicyjny wóz bojowy, z którego były filmowane wydarzenia. Ten film nigdy nie odnalazł się. Funkcjonariuszy biorących udział w wydarzeniach, wezwano do komendy wojewódzkiej i zapowiedziano, że nic nie wolno o wydarzeniach mówić.
- Zniszczono tak gromną ilość materiałów dowodowych, że proces musiał trwać tak długo - mówi Rossa. Gdy wreszcie po1989 zabrano się do sprawy, atmosfera wokół niej była zawiesista. Przewlekłość powodowało korzystanie przez oskarżonych z demokratycznych uprawnień: składali szczegółowe wnioski, mnóstwo dowodów, ich prawnicy stosowali kruczki, żeby przedłużyć postępowanie. Do tego dołączyły się błędy sądów. W jednym ze składów orzekających było 5 sędziów plus jeden pomocniczy. Natomiast pod orzeczeniem podpisało się sześciu sędziów i dlatego musiało ono zostać uchylone.
Wszystko to powodowało, że można było być zawiedzionym tym, co dało się obserwować na sali sądowej. Niemal zawsze była pusta.
- Ale rzeczywiście trzeba było mieć zdrowie, żeby w nich uczestniczyć - przyznaje Rossa. - Ile razy można przychodzić i słuchać tych samych kwestii? Ludzie żyją bieżącymi sprawami. Poza tym proces rozgrywał się daleko od Zagłębia Miedziowego, gdzie ci ludzie mieszkają. Stąd i niewielkie zainteresowanie.
Z jeszcze jednego powodu wyrok, zdaniem mec. Henryka Rossy, przyniósł tylko względną satysfakcję.
- Wszyscy zdają sobie sprawę, że ława oskarżonych była za krótka. Brak na niej bezpośrednich sprawców zbrodni, ale i generałów Jaruzelskiego, Kiszczaka i całej WRON. A to oni dawali wskazówki, jak rozbijać Solidarność - podkreśla Rossa. W Lubinie zrealizowano plan generałów. |