nr 50 (899) 16 grudnia 2005

ZWIĄZEK

Dwadzieścia pięć lat temu nawiązywałem kontakty NSZZ Solidarność z włoskimi związkami zawodowymi, równocześnie przygotowując wizytę Solidarności u Jana Pawła II. W rok później przypadkowo znów trafiłem do Rzymu i tam po ogłoszeniu w Polsce stanu wojennego stałem się emigrantem politycznym. Sytuacja na pewien czas uczyniła mnie działaczem. Z tego względu co parę lat bywam zapraszany do Włoch na różne solidarnościowe rocznice.
Migotliwe jutro Solidarności w świecie
Wersja do druku Bohdan Cywiński

Tym razem Instytut Polski w Rzymie zorganizował konferencję, poświęconą trzem tematom: Solidarność - lokalna rewolucja czy rozbicie układu jałtańskiego?, Solidarność - robotniczy ruch antykomunistyczny i Solidarność, a Kościół katolicki i Jan Paweł II. Uczestniczyli w tym historycy, politycy i publicyści, a na sali znalazło się nieco ponad sto zaproszonych osób. Tematyka zapowiedziana w tytułach odnosiła się do wydarzeń sprzed dwudziestu pięciu lat, ale w atmosferze rozmów kuluarowych unosiło się pytanie o aktualną wartość idei solidarnościowych w dzisiejszym stanie polityki światowej. W dzień po konferencji rozmawialiśmy z wybitną specjalistką od tej problematyki i wieloletnią działaczką związkową - Carlą Giacominą Cassini, a kolejnego dnia ten sam temat omawiany był na uniwersytecie weneckim w towarzystwie sekretarza generalnego Societe Europeenne de Culture, pani Michelle Campagnolo Bouvier.

Te zaskakujące nas Polaków przejawy odnowy międzynarodowego zainteresowania ideą i myślą solidarnościową warte są zastanowienia. Są, jak sądzę, wynikiem niepokoju, wywołanego biegiem wydarzeń politycznych na całym świecie i chaosem myślowym, dającym się zauważyć w samej Europie. Elity intelektualne rozglądają się w poszukiwaniu lekarstw i w tym kontekście raz jeszcze sięgają do przykładu polskiej Solidarności - a nuż z tego fenomenu sprzed ćwierć wieku da się wyciągnąć jakieś wnioski przydatne na dziś...
Niełatwo jest odpowiedzieć na takie "zamówienie społeczne". Idee solidarnościowe, nigdzie - o ile wiem - całościowo nie zebrane, rodziły się z określonego obrazu świata, skłaniały do starania się o określony cel, głosiły wiarę w skuteczność pewnych metod działania i określały podstawowe warunki, bez zaistnienia których powstanie ruchu solidarnościowego nie byłoby możliwe.
Obraz świata społecznego, ujmowany najprościej, wyglądał tak: sytuacja, w jakiej żyjemy, jest zła; wszyscy jesteśmy pokrzywdzeni - i każdy z osobna jest wobec tego faktu bezradny. Razem możemy być siłą, ale ta siła zrealizuje się tylko na tyle, na ile każdy z nas będzie gotów do większej lub mniejszej ofiary dla innych. Ci, którzy nie chcą takiej ofiary ponieść, po staremu pozostaną słabi i sami, choć o tym przekonają się dopiero na końcu.
Cel działania ma swój wymiar polityczny, ale politykę w gruncie rzeczy przekracza, bo jest nim choćby ograniczona w swym zasięgu, ale nowa, cywilizacja oparta na godności ludzkiej, sprawiedliwości i wzajemnej życzliwej samopomocy. Wiara w szansę takiej realizacji nie oznacza przekonania, że ludzi da się w aniołów zamienić, ale raczej, że korzystna atmosfera życia zbiorowego może zmniejszyć społeczne przyzwolenie dla zła i lepiej ukierunkować ludzkie ambicje.
Metody działania, zastosowane w Polsce w 1980 roku, a potem zbyt łatwo zapomniane, stanowiły polityczne novum: nie sięgamy po władzę, koncentrujemy się na tych działaniach, do których udział we władzy nie jest potrzebny, zachowujemy obowiązujące prawo, ale tego samego wymagamy od tych, którzy władzę sprawują i nieustannie staramy się patrzeć im na ręce. Szanujemy siebie nawzajem, manifestując przy tym zasady nowego współżycia zbiorowego i budząc ludzką ambicję bycia wolnym.

Moralizm tej wizji działania ewidentnie wskazuje na jej bliskość do idei chrześcijańskich, a wyczulenie na kwestie społeczne budzi pewne skojarzenia z socjalizmem przedmarksowskim. Obie te filiacje wydawać się mogą niepokojące: czy nie mamy tu do czynienia z sympatyczną, ale praktycznie bezpłodną utopią polityczną. Tu jednak polski rok 1980 staje okoniem: z doświadczenia wiemy dobrze, że mimo całego łajdactwa stanu wojennego, bezpłodny to on na pewno nie był. Czy da się jednak to doświadczenie uogólnić i powiedzieć coś o warunkach koniecznych dla powstania gdziekolwiek indziej ruchu typu solidarnościowego?
Warunki takie osobiście widzę co najmniej cztery.
Najpierw: musi istnieć rzeczywiste społeczeństwo, to znaczy zbiorowość, zdolna o sobie powiedzieć "MY" i musi ona mieć wspólny kodeks wyznawanych - przynajmniej teoretycznie - wartości i uformowaną wokół nich wspólną kulturę. Może to być na przykład wspólnota narodowa, religijna, może jeszcze inna - nie wiem, w każdym razie skoncentrowana wokół wartości, uznanych w niej za bardzo ważne.
Po drugie: któraś z tych wartości musi zostać zaatakowana i zagrożona przez wroga, postrzeganego przez wspólnotę jako siła obca. Zagrożenie to musi dotyczyć wartości pozamaterialnych, jako że tylko ich obrona skłania do wystąpień solidarnych. Troska o sprawy materialne ze swej natury prowadzi nie do solidarności, ale do współzawodnictwa, konkurencji i "wyścigu szczurów", toteż o własne sprawy materialne każdy woli starać się sam. Co więcej - zagrożenie tych wartości wyższych musi być uznane za dotkliwe i groźne - tylko wtedy temperatura konfliktu osiąga odpowiedni poziom, by wywołać społeczną reakcję.
Po trzecie: musi zaistnieć powszechne przekonanie, że istniejący oficjalnie system państwowy jest całkowicie niewydolny lub skorumpowany, a w szczególności organa tak zwanej demokracji przedstawicielskiej nie reprezentują racji rzeczywistej wspólnoty - czyli trzeba działać inaczej... Równocześnie jednak musi być w jakimś stopniu obecna w społecznej świadomości tęsknota za praworządnością, to jest za rządami prawa, a nie przemocy lub terroru.
Po czwarte wreszcie: konieczne jest istnienie wewnątrz wspólnoty choćby niewielkich liczebnie elit, dysponujących jakimś autorytetem moralnym i gotowych do osobistego poświęcenia dla dobra zbiorowego, a także - obecność przywódcy, umiejącego skupić zbiorowość wokół wspólnej sprawy.
Trzeba przy tym zauważyć, że raz powstały ruch solidarnościowy nie bywa zjawiskiem trwałym. Trwa tylko do momentu, w którym przestaje działać którykolwiek z wymienionych tu warunków historycznych czy psychospołecznych. To zjawisko znamy dobrze z naszych polskich doświadczeń, a w tej chwili przeżywają je, jak się zdaje, nasi sąsiedzi na Ukrainie. Czy znaczy to, że przydatność solidarnościowych ruchów dotyczy raczej sposobów wyzwalania się z systemów przemocy niż późniejszego funkcjonowania rozwijającej się demokracji parlamentarnej?

Jeśli przyjąć tę tezę, to nasze solidarnościowe doświadczenia mogą być dziś bardzo ważne dla niektórych regionów Trzeciego Świata z chrześcijańską i szukającą sprawiedliwości społecznej Ameryką Łacińską na czele. To zresztą jest już w jakimś stopniu stwierdzone - idee polskiej Solidarności były tam entuzjastycznie przyjmowane już w latach osiemdziesiątych. Kwestią bardzo istotną, a ciągle otwartą, jest natomiast szansa ich popularyzacji w kręgach kultury muzułmańskiej, gdzie mogłyby odegrać rolę pokojowej alternatywy wobec propagandy terroru. Takich prób - o ile wiem - nikt jeszcze nie podjął, choć niektóre sytuacje lokalne wydają się wręcz do nich zapraszać. Północny Kaukaz, walczący z rosyjskim imperializmem, Kurdowie, chcący być sobą w Iraku, Syrii i Turcji, czy nawet Autonomia Palestyńska, szukająca sposobu niezależnego istnienia poliycznego, mogliby tu znaleźć drogę do osiągnięcia wielu swych postulatów.
I tu pojawia się interesujący paradoks. Współczesna Europa całą niemal uwagę koncentruje na swej sytuacji ekonomicznej - i właśnie z tego względu sama do solidarności zdolna nie jest. Ale jednocześnie lękający się ataków terrorystycznych Zachód niewątpliwie poparłby tego typu inicjatywy ideologiczne w krajach muzułmańskich i szerzej - na ubogim południu globu - i w trosce o własne bezpieczeństwo pogodziłby się z koniecznością pewnych ustępstw politycznych wobec tamtejszych ruchów solidarnościowych.
Kto wie, czy nie tu przede wszystkim kryje się szansa kontynuacji ideowego dorobku naszej polskiej Solidarności w początkach XXI wieku.


Napisz do autora