Naturalnie dla znakomitej większości Polaków byłoby najbardziej zrozumiałe, gdyby oficer ten zachowywał się zgodnie z czytelnymi regułami tradycji polskiej. Na przykład, nikt chyba nie miałby ambiwalentnych uczuć, gdyby płk Kukliński skontaktował się z opozycją - bez względu na to, że była ona w dużym stopniu infiltrowana przez tajną komunistyczną policję. Nieważne, że wkrótce by wpadł - tak jak kpt. SB Adam Hodysz, który odważnie pomagał podziemiu. Ważne, aby płk Kukliński zrobił coś na polską, lokalną skalę. Najbardziej pewnie wszyscy antykomunistyczni patrioci ucieszyliby się, gdyby oficer ten wykonał Wielki, Romantyczny Gest. Jak pięknie byłoby, gdyby wysadził się w powietrze wraz z gen. Wojciechem Jaruzelskim czy innymi sowieckimi plenipotentami w Polsce, a może nawet z samym kremlowskim marszałkiem Wiktorem Kulikowem.
Obie strony
chciały tego samego
Naturalnie - na globalną skalę - takie gesty nic by nie znaczyły. Nawet najbardziej spektakularny zamach co najwyżej poprawiłby na krótko humor więźniom baraku PRL, zamkniętym w Gułagu Sowieckiego Imperium. Współpraca z opozycją, pomijając wszystko inne, miałaby co najwyżej pewne znaczenie doraźne i lokalne. Może kontakt z Kuklińskim pomógłby zidentyfikować kilku kapusiów, a działacze opozycji byliby lepiej poinformowani o nastrojach władz wojskowych reżimu reprezentującego Kreml w Warszawie. I nic ponadto. Czyli - w wymiarze wielkiej polityki praktycznie nic.
Jest to jasne dla każdego wyrastającego ponad peerelowski grajdołek. Dlatego płk Kukliński zdecydował się na inne wyjście. Postawił sobie pytanie: kto ma największy wpływ na sytuację w Polsce? Sowieci. A kto ma największy wpływ na Sowietów? Amerykanie. Trzeba więc pomóc Amerykanom tak, aby mogli wpłynąć na Sowietów z korzyścią dla RP. Kukliński najpierw zamierzał stworzyć podziemną, kadrową organizację niepodległościową wśród polskich oficerów. Ale zachodni sprzymierzeńcy Polski wnet mu to wyperswadowali: to nie był czas na kadrową nawet konspirację. Tylko praca w pojedynkę mogła przynieść pożądane rezultaty. Obie strony - amerykańska i polska, reprezentowana przez Kuklińskiego, chciały tego samego: zwycięstwa nad Sowietami. Kukliński nie widział więc siebie jako szpiega CIA, a tylko jako oficera polskiego, który manipuluje USA na korzyść Polski. W jaki sposób? Udostępniając Amerykanom informacje o najtajniejszych sekretach Sowietów. W ten sposób Kukliński umożliwił Amerykanom wykonanie całego szeregu antysowieckich ruchów podczas końcowego okresu zimnej wojny.
Przesterowywanie Ameryki
Zwykle ruchy antysowieckie były siłą rzeczy zgodne z interesem Polski, z walką o niepodległość kraju. Ale nie wszystkie. Na przykład, USA - w wypadku sowieckiego najazdu na Europę Zachodnią - planowały za pomocą ataku nuklearnego powstrzymać tzw. drugi sowiecki eszelon w marszu, gdy ten przemieszczałby się przez terytorium Polski. Groźba nuklearnej zagłady kraju była jednym z najsilniejszych bodźców kierujących decyzją płk. Kuklińskiego. Uznał, że informacje, jakie podaje do Waszyngtonu, wymuszą na Amerykanach zmianę planów, wskażą na słabości sowieckiego przeciwnika poza Polską i tym samym odsuną od Polski groźbę nalotu nuklearnego. Bo przecież po tym, jak Kuklińskiemu udało się zdobyć i dostarczyć Stanom Zjednoczonym plany i lokację bunkra, w którym mieli się ukrywać sowieccy przywódcy, jest całkiem logiczne, że w przypadku inwazji Armii Czerwonej na Europę, czy gdzie indziej, Amerykanie najpierw skierowaliby swój atak nuklearny na ten bunkier (położony w głębi Związku Sowieckiego), a nie na Warszawę. Tak, najzupełniej słusznie, rozumował Kukliński.
Oczywiście pamiętajmy, że wojna nie zawsze kieruje się logiką, a plan nuklearnego ataku na Polskę był tylko jednym z kilku wariantów amerykańskiej odpowiedzi na sowiecką agresję. Najbardziej prawdopodobne było, że Sowietom, którzy dysponowali wystarczającą liczbą wojska w Niemczech Wschodnich, Czechosłowacji i PRL, udałoby się za jednym zamachem - bez użycia broni nuklearnej i bez pomocy tzw. drugiego eszelonu - podbić całą Europę. Nie byłoby więc potrzeby bombardowania Polski. Poza tym Amerykanie wiedzieli, że sowiecka doktryna wojenna zakładała, iż odpowiedzią na nawet pojedynczą rakietę z głowicą nuklearną wystrzeloną w jakiekolwiek miejsce w Sowieckim Imperium - a w tym również w PRL - Kreml miał zamiar odpowiedzieć natychmiastowym i zmasowanym atakiem jądrowym na USA. Amerykanie raczej długo zastanawialiby się, czy unicestwienie Polski przestraszyłoby Sowietów na tyle, aby zarzucili swoje plany zrównania z ziemią Stanów Zjednoczonych. Prawda, Sowieci mieli Polskę w nosie. Ale atak na nią uznaliby za zagrożenie swego własnego bytu. Najpewniej więc zareagowaliby zgodnie z planem, kierując salwę nuklearną na USA. Z drugiej strony, Amerykanie baliby się też innych konsekwencji ataku nuklearnego na Polskę. Jego rezultatem pośrednim byłoby całkowite zatrucie radioaktywne Bałtyku, państw bałtyckich, terenów ukraińskich i białoruskich, Czechosłowacji, wybrzeży Skandynawii oraz Niemiec Wschodnich. Z Polski i Polaków nie zostałoby nic, ale większość Europy środkowej i północnej również przemieniłaby się w pustynię. Miliony nie-Polaków zmarłyby w powolnych męczarniach.
Można sądzić, że z powodów wymienionych powyżej scenariusz jakiegokolwiek, nawet minimalnego, użycia broni nuklearnej w Europie był raczej nierealny. Ale właśnie dlatego - aby nigdy nie doszło do takiej makabry - Amerykanie musieli mieć nad Sowietami przewagę. Musieli ich trzymać w szachu. Dlatego potrzebowali nie tylko przewagi naukowo-technologicznej, ale również przewagi informacyjnej. I tej dostarczył im płk Kukliński w formie ponad 60 tys. stron tajnych dokumentów Paktu Warszawskiego. Amerykanie mogli grać i ogrywać Sowietów, bowiem znali z góry ich ruchy.
Zapobiegł inwazji
na Polskę
Na przykład, gdy Armia Czerwona szykowała się do inwazji na Polskę jesienią 1980 r., prezydent Jimmy Carter wprost ostrzegł Leonida Breżniewa, że USA wiedzą, co Związek Sowiecki szykuje. Zmusiło to Kreml do szukania innych opcji, a przynajmniej do traktowania bezpośredniej inwazji jako środka ostatecznego. Sowieci zażądali od swoich tubylczych plenipotentów "przywrócenia spokoju" w Warszawie. Naturalnie gdyby miejscowym komunistom to się nie powiodło, interweniowałby Kreml. Wtedy USA nie podniosłyby ręki. W obliczu możliwej wojny nuklearnej pomoc militarna dla Polski oznaczałaby samobójstwo. Dlatego Amerykanie woleli, żeby - z dwojga złego - Solidarność zdławili tubylczy komuniści. Toteż Carter interweniował przeciw sowieckiemu najazdowi, a zezłoszczeni Sowieci niemiłosiernie naciskali na swoich plenipotentów w Warszawie. I tutaj więc płk Kukliński miał rację. Informacje od niego zapobiegły sowieckiej inwazji. A tubylczy komuniści do szeregu zbrodni popełnionych na Narodzie Polskim - od czasu ich pojawienia się z Armią Czerwoną w 1918 r., a szczególnie po 1944 r. - dołączyli stan wojenny. Zbrodnia Jaruzelskiego nie miała nic wspólnego z ratowaniem Polski, lecz była wyłącznie ratowaniem własnego stołka. Dokumenty przekazane przez Kuklińskiego mówią o tym jednoznacznie.
Czy służyli Polsce, czy służyli Kremlowi?
Tyle o motywach działań płk. Kuklińskiego i korzyściach płynących z tego dla Polski. A teraz o wymiarze moralnym jego czynu. Zarzuca mu się, że złamał przysięgę wojskową. To prawda. Jednak gdy ją składał, nie było suwerennego państwa polskiego. Przecież PRL to nie była Rzeczpospolita Polska. To była sowiecka kolonia z autonomią wewnętrzną i ograniczonym mandatem władzy dla tubylczych plenipotentów Kremla. PRL powstała na skutek gwałtu zadanego Polakom przez Stalina. W świetle prawa liczyła się tylko przysięga przed Rządem RP w Londynie.
Zresztą nie był to dla Polaków dylemat nowy. No bo jak np. mamy sądzić naszych rodaków, którzy zostali wcieleni do armii rosyjskiej za cara czy niemieckiej za kajzera bądź Hitlera? Jeśli przeszli na stronę przeciwników cara, kajzera bądź Hitlera, to przecież też złamali przysięgę. Oficer Wojska Polskiego Walerian Łukasiński ją złamał, biorąc udział w spiskowej, antymoskiewskiej organizacji Wolnomularstwo Narodowe. A przecież przysięgał carowi jako królowi Polski. Naczelnik Powstania Styczniowego Romuald Traugutt złamał przysięgę. Jak również generał Haller, generał Dowbór-Muśnicki i wszyscy inni wojskowi, którzy zaczęli I wojnę światową pod sztandarami zaborców.
Naturalnie nie zawsze wszystko jest tak jednoznaczne. Przecież nie wszystkim Polakom udało się samorzutnie uciec ze służby w Wehrmachcie. Czasami okoliczności sprawiały, że - wraz ze swoimi niemieckimi "współtowarzyszami" - dostawali się do niewoli tylko po krwawej walce. Ale potem mieli szanse wykazania swego patriotyzmu w szeregach Polskich Sił Zbrojnych na Zachodzie.
I właśnie to jest klucz, według którego należy sądzić wojskowych, również w czasie pokoju, również w PRL. Czy służyli Polsce, czy służyli Kremlowi? Czy opowiadali poborowym o prawdziwych tradycjach oręża polskiego, czy o sowieckich? Czy ścigali kadrę i poborowych za uczęszczanie na mszę świętą? Czy donosili na kolegów-oficerów? Czy kradli wraz z nomenklaturową sitwą? Czy szli po trupach na szczyt struktury sowieckiej okupacji przez tubylczych przedstawicieli? Czy w sercu grało im nieśmiertelne: "Lance do boju, szable w dłoń, bolszewika goń, goń, goń!"? Czy w trakcie powstania poznańskiego w 1956 r., czy masakr na Wybrzeżu w 1970 r., czy dławienia Solidarności w grudniu 1981 r., rozkazywali swoim żołnierzom bezwzględnie według kremlowskiego przykazania, czy też przechodzili na drugą stronę, bądź też z sympatią traktowali walczących o niepodległość braci-Polaków, źle wypełniając rozkazy tubylczych plenipotentów Kremla? Pamiętajmy, że jednoznacznych jurgieltelników jak zwykle była raczej mała grupa. Ich potęga polega na tym, że potrafią obłudnie - broniąc własnej skóry - wmówić całej rzeszy z gruntu porządnych - choć pasywnych - osób, że również oni winni są zdrady, bo współpracowali z tubylczymi plenipotentami Kremla. Naturalnie to bzdura. Winnymi zdrady są główni plenipotenci Kremla, a nie oficerowie polscy służący polskiej tradycji w szeregach wojska pod komunistyczną komendą. Przecież nikt o zdrowych zmysłach nie kwestionowałby patriotyzmu większości żołnierzy i oficerów młodszych (oprócz politruków i związanych z sowieckimi służbami specjalnymi) w tzw. armii Berlinga.
Wypada jeszcze zapytać, jakie miał korzyści płk Kukliński ze swego poświęcenia się dla Polski. Podkreślmy: dokumenty CIA jednoznacznie potwierdzają, że pułkownik NIGDY nie upominał się o pieniądze. Co więcej, w PRL miał willę, jacht, dostęp do przywilejów zarezerwowanych dla najwyższych tubylczych funkcjonariuszy struktury sowieckiej okupacji przez przedstawiciela. To prawda, gdy udało mu się ewakuować siebie i swoją rodzinę z Polski, władze amerykańskie zadbały o jego utrzymanie. Dostał pracę odpowiednią dla swych kwalifikacji. Ale jego standard życia właściwie się nie zmienił. Ponadto, stracił obu synów w bardzo tajemniczych "wypadkach" - a osoby związane ze służbami specjalnymi USA prywatnie podkreślały wielokrotnie, że najpewniej chłopcy padli ofiarą komunistycznych skrytobójców. |